Ten tekst to pewna forma buntu. Między innymi przeciwko kulturze, która odmawia żałoby, bo „to tylko zwierzę”.
Tak się składa, że zbliża się Dzień Wszystkich Świętych – czas pamięci, wspomnień, zapalonych świeczek. Ale jest jeszcze jedna pamięć, o której wciąż mówi się szeptem: pamięć o zwierzętach, które odeszły. Przyglądam się temu od dawna i mam poczucie, że bardzo brakuje nam tak prawa, jak i rytuałów do przeżywania tej straty.
Ten tekst chciałabym zadedykować Maksinkowi – mojej czworonożnej Istocie, którego rocznica śmierci przypada dokładnie na 31 października – oraz pozostałym zwierzęcym członkom mojej Rodziny: Korkosławowi, Michałowi zwanemu pieszczotliwie Misią (bo Misią wydawał się na początku), Kempusiowi i Artusiowi. To właśnie dzięki naszej wspólnej drodze, kroczeniu noga w łapę, i bliskości aż do końca, narodziła się fundacja Radioactivedog. Dziękuję Wam, Chłopaki!
Ale ten tekst dedykuję również wszystkim Istotom Pozaludzkim, których śmierć jest niezauważalna. Nie dlatego, że jest niewidoczna – przeciwnie, ona jest masowa, jest systemowa, wpisana w ekonomiczny rytm. Jest niezauważalna, bo została schowana za wysokimi murami. To zwierzęta gospodarskie, znikające w cieniu rzeźni. To istoty z laboratoriów, które nawet w chwili śmierci są jedynie numerem w dokumentacji. Ich odejścia nie mają rytuału. Nie mają żałoby. I dziś chcę, by choć przez moment były obecne.
Zwierzęta odchodzą w ciszy
Śmierć człowieka ubrana jest we wszelkie rytuały i jest pełen akcept na jej przeżywanie.
Śmierć zwierzęcia jest co najwyżej ubrana w milczenie. Nie ma żałobnych dzwonów, czarnych wstążek, konduktów. Jest cisza, w której świat trwa dalej, jakby nic się nie stało. A jednak w tej ciszy jest coś, co domaga się słów – coś, co ja nazywam prawem do pamięci.
To prawo nie istnieje w żadnym kodeksie. Nie znajdziemy go w ustawach, w rozporządzeniach. A jednak ono istnieje – w potrzebie pożegnania. W tym wszystkim, co człowiek robi, gdy chce powiedzieć: „Twoje życie się liczyło”.
My, opiekunowie, rzadko mamy „społeczne prawo” do pełnego przeżywania tej śmierci. Słyszymy „To był tylko pies”, „Będzie następny”. Zwierzęta odchodzą w ciszy. Nie ma oficjalnych ceremonii, nie ma społecznych rytuałów. Żyjemy w epoce, w której mówimy o empatii, bioróżnorodności – ale gdy przychodzi do rozmowy o śmierci pozaludzkich istot, język milknie. A śmierć zwierząt – i nasza relacja z nią – jest pewnego rodzaju testem. Pokazuje, jak daleko potrafimy rozszerzyć naszą uwagę i uważność poza własny gatunek.
Nie(u)znana żałoba
Badania pokazują, że u wielu osób żałoba po śmierci zwierzęcia może być równie intensywna jak po śmierci człowieka. A jednak wciąż nie ma urlopu po stracie zwierzęcia, nie ma oficjalnej przestrzeni, w której ta żałoba mogłaby wybrzmieć.
W Polsce brak jest regulacji, które uznałyby śmierć zwierzęcia za powód żałoby. Nie ma urlopu, nie ma publicznego wsparcia. Raport Grief in the Workplace (2024) wskazuje, że doświadczenie żałoby ma realny wpływ na funkcjonowanie w pracy i zdrowie psychiczne pracowników.
System mówi: „To tylko zwierzę”. Ba! Otoczenie mówi „Będzie następny”. Tyle tylko, że żałoba potrzebuje być wyrażona, bo to też relacja, a więc to też strata.
I tu podzielę się z Wami czymś bardzo osobistym. Kiedy odszedł Korkosław, usłyszałam od kogoś jedno z takich zdań, po którym człowiek czuje, że właśnie dostał strzał w samo serce: „Zbyt emocjonalnie podchodzisz do życia. Trudno ogarnąć te Twoje emocje.”. Korka śmierć to nie była „po prostu śmierć”. To był maraton bezsilności. Badania, konsultacje, kolejne hipotezy. I czas, który wtedy wydawał się elastyczny, z perspektywy okazał się bezlitosny. Kiedy wreszcie padła diagnoza – nowotwór trzustki – świat dla mnie się po prostu zatrzymał, pomimo, że rzeczywistość nie dała mi postoju. Dwa dni. Tyle minęło od słów lekarza do decyzji, która połamała mi serce. Byłam strzępem człowieka. I jak to w życiu bywa, los nie ma litości dla tych, którzy już leżą. Bo chwilę później pojawił się kaszel u Maksina – tego samego, którego rocznicę odejścia dziś obchodzę. Ten kaszel w pierwszej chwili wydawał się czymś banalnym. Może infekcja. Może alergia. I coraz bardziej intuicja mówiła, że to nie będzie prosta historia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to chłoniak. Ale tamte słowa, czyli „Zbyt emocjonalnie podchodzisz do życia”, były nie tyle komentarzem, co ciosem w ranę, której nikt nie widział.
I tu wchodzi cała ubrana na czarno żałoba nieuznana. Dokładnie w tym momencie, o którym powiedziałam Wam przed chwilą zrozumiałam, czym ona jest. Kiedy tracisz istotę, którą kochasz, a otoczenie oczekuje, że wstaniesz następnego dnia, umyjesz zęby, wrócisz do pracy i powiesz „Jest okej”. A nie jest. I to bardzo boli — nie tylko przez stratę, ale przez brak przestrzeni na ból. I wierzę, że jeśli mamy zmieniać sposób, w jaki mówimy o śmierci zwierząt, to musimy zacząć od tego, by dać sobie i innym prawo do przeżywania.
Żałoba nieuznana to taka sytuacja, w której ktoś przeżywa odejście istoty pozaludzkiej, a reszta otoczenia sugeruje, że to przesada i bagatelizuje przeżywanie tego odejścia. To taka żałoba, której nie wypada przeżyć publicznie. Taka, której społeczeństwo nie chce słyszeć, bo wymyka się obowiązującym regułom czy kategoriom.
Osoby, które tracą zwierzę, często słyszą: „Weź sobie nowe”. Jakby ból był produktem do wymiany. Jakby życie można było zastąpić życiem.
Żałoba nieuznana staje się raną bez języka. Chowa się w ciele, w rozpadających się rytuałach dnia. Brak możliwości przeżycia tej żałoby — w swoim tempie, przy wsparciu — może wydłużać proces żałoby i zwiększać ryzyko depresji.
Dlatego pomimo być może dobrych intencji, nie mówmy „To był tylko pies”, nie mówmy „A może czas na kolejnego psa czy kota czy szczura”. Paradoksalnie takimi wypowiedziami pogłębia się ból. Jest już ból związany ze stratą, i wokół niego pojawia się kolejna warstwa bólu: związana z brakiem zrozumienia, oceną, poczuciem bycia krytykowanym czy wyśmiewanym. I to może dawać poczucie dojmującej samotności. Nie róbmy tego, proszę. Dajmy osobie przeżywającej stratę przestrzeń na emocje – na gniew, na lęk, na rozczarowanie. I wspierajmy się mądrze, bez oceny, a z otuleniem tych wszystkich emocji słowami: „Widzę, jak bardzo Cię to boli”, „Widzę, jak bardzo cierpisz”, „Czy jest coś, co mogę dla Ciebie zrobić”. Towarzyszmy. Bądźmy. Po prostu.
Prawo do rytuału
A skoro jesteśmy przy towarzyszeniu i byciu. Kiedy umiera człowiek, istnieje dla niego cały system: lekarz, dom pogrzebowy, ceremoniał, cmentarz. Tu śmierć ma swoje procedury, język i miejsce. Śmierć człowieka jest nazwana, uznana i ujęta w ramy. A kiedy umiera zwierzę? W polskim prawie śmierć zwierzęcia jest ujęta z zimną precyzją administracyjną. Jego ciało zostaje zaklasyfikowane jako „odpad kategorii pierwszej”. Brzmi brutalnie. Nie pozostawia miejsca na pamięć, ani na rytuał.
Śmierć zwierząt została wywłaszczona z przestrzeni publicznej i przeniesiona do sfery prywatnego wstydu. Nie wypada płakać po kocie w pracy. Nie wypada brać dnia wolnego z powodu śmierci psa. A jednak coraz więcej osób to robi – wbrew konwenansom, wbrew przepisom.
Dlatego to bardzo ważne, że powstają cmentarze dla zwierząt. I tu znów wtrącę prywatę – gdy wiele lat temu odszedł mój koteł Misiek, zwany początkowo Misią, to w Polsce tak naprawdę były 3 cmentarze dla zwierząt, a o indywidualnej kremacji nikt nawet nie śmiał pomyśleć. I to jest bardzo ale to bardzo ważne, że takich miejsc, jak krematoria czy cmentarze dla zwierząt przybywa. Bo to nie jest „kaprys miłośników zwierząt”. To przestrzeń, w której zwierzę odzyskuje podmiotowość, a opiekun prawo do żałoby. Każdy grób, każde imię wyryte na kamieniu to forma oporu wobec zapomnienia. To cichy manifest: „Twoje życie miało znaczenie”.
Warto zauważyć, że rytuał ma też wymiar wspólnotowy. W momencie śmierci człowieka społeczność staje się wspólnotą żałoby. Kiedy umiera zwierzę, wspólnota się nie pojawia. Stąd też alternatywne wspólnoty – w internecie, w sieciach społecznościowych, ale też i coraz częściej w grupach wsparcia. To nie są tylko wirtualne rozmowy, to są realne kręgi żałoby po osobach zwierzęcych. Samo to określenie „osoby zwierzęce” budzi liczne kontrowersje, to kręgi dla osób potrzebujących wsparcia po osobie zwierzęcej budzą w ogóle podwójną niechęć wciąż u wielu osób. I tu wracamy do tej żałoby społecznie nieakceptowalnej, do której należy żałoba po zwierzęciu.
A przecież najtrudniejszy moment po odejściu zwierzęcia nie przychodzi od razu. Przychodzi kilka dni później. Kiedy otwierasz drzwi i nie słyszysz kroków. Kiedy chcesz coś powiedzieć – i nie masz do kogo. Psycholodzy zauważają, że rytmy codzienności są najgłębiej zakorzenioną formą więzi. To właśnie ich utrata buduje w nas przestrzeń po stracie. Dlatego żałoba po zwierzęciu nie dotyczy tylko śmierci, ale pustki w rytuale dnia.
I dlatego wsparcie emocjonalne po stracie zwierząt – grupy, spotkania, rozmowy – są tak ważne. Nie tylko jako forma terapii, ale jako sposób odzyskania wspólnotowości pamięci. Bo pamięć to akt wspólnotowy. Nie istnieje w pojedynkę.
Milczące ofiary
A jednak system potrafi odebrać ją jeszcze za życia — i nie oddać jej nawet po śmierci. Nie tak dawno w jednym odcinków podcastu radioAKTYWNE mówiłam o tym, jak jedna z fundacji opisała scenę, której nie da się zapomnieć. Koń – chory, leczony, otoczony troską. Gdy umarł, zgodnie z przepisami trzeba było wezwać firmę utylizacyjną. Przyjechała po kilku godzinach. Wyciągarka ciągnęła ciało po błocie, aż do kontenera, w którym leżały inne ciała. Koń został wrzucony na samą górę. To było zgodne z prawem. Legalne. Ale czy godne?
Ta scena jest jak ciemne lustro naszego systemu. Pokazuje, że prawo, które nie zna pojęcia „godności”, nie może znać też pojęcia „pamięci”. Ciało zwierzęcia w świetle przepisów to „odpad kategorii pierwszej”, nie ciało, które ktoś kochał, które współistniało z człowiekiem. Prawo chroni zwierzę przed cierpieniem, ale nie przed upokorzeniem po śmierci. Nie ma paragrafu, który zabraniałby ciągnąć ciało konia po błocie. Bo w języku prawa to nie ciało — to materiał.
Niestety wraz z tym błotem, jakkolwiek to nie brzmi, opada to górnolotne „Zwierzę nie jest rzeczą” z ustawy o ochronie zwierząt. Dopóki prawo nie uzna, że godność trwa również po śmierci, będziemy świadkami takich scen — zgodnych z literą prawa.
Co więcej, nie wszystkie zwierzęta mają kogoś, kto o nich pamięta. Każdego dnia giną miliony istot pozaludzkich – w laboratoriach, rzeźniach, na drogach. Nie mają imion, nagrobków, wspomnień. Śmierć tych zwierząt nie zostaje nawet zarejestrowana jako zdarzenie jednostkowe. To tylko liczba w statystyce, w tabeli, w raporcie o produkcji mięsa, mleka, jaj. A jednak każde z tych istnień było częścią świata, zanim stało się jego zapomnianym fragmentem. W tej ciszy jest coś głęboko niepokojącego. Bo pamięć o zwierzętach nie powinna kończyć się na poziomie jednostkowego żalu po ukochanym psie. Powinna także dotyczyć całych zbiorowości. Bo w świecie, w którym codziennie miliony zwierząt ginie w niewidzialnych przestrzeniach – laboratoriach, rzeźniach, lasach, drogach – pamięć staje się formą oporu. Pamiętać znaczy przywracać znaczenie. Pamięć o zwierzętach to nie odebranie pamięci ludziom, lecz poszerzenie pola współczucia.
Pomniki, czyli pamięć publiczna
Czasami pamięć potrzebuje formy – czasem jest to tablica, czasem rzeźba. W Polsce mamy takie przykłady. W Krakowie, nad Wisłą, stoi pomnik psa Dżoka – czarnego mieszańca, który przez rok czekał na swojego opiekuna w miejscu, gdzie ten zmarł. Rzeźbę stworzył Bronisław Chromy. Na cokole wyryto słowa: „Najwierniejszy z wiernych. Symbol psiej wierności”.
Dżok nie jest bohaterem z bajki, nie jest metaforą. Jest symbolem relacji. Jego pomnik to tak naprawdę pomnik relacji na linii pies-człowiek. To jedna z nielicznych sytuacji, w której pomnik nie gloryfikuje władzy ani zwycięstwa, lecz trwanie i towarzyszenie.
Pomnik Dżoka został odsłonięty w 2001 roku. Dwadzieścia cztery lata później, w 2025 roku we Wrocławiu stanął inny pomnik – szczura laboratoryjnego, przed kampusem Uniwersytetu SWPS. Pomnik dedykowany jest zwierzętom wykorzystywanym w badaniach naukowych. Na tablicy znajduje się jednak imię: „dla Barnabusa”. To odniesienie do jednego z najsłynniejszych szczurów eksperymentalnych, który zapisał się w historii badań nad zachowaniem.
Czy jest to jakaś forma pamięci? Na pewno. Ale czy to nie jest też jednocześnie gest, który mówi: „Wiemy, że korzystamy z waszego życia”. Możliwe. Rodzi się też pytanie, czy pomnik może stać się prawdziwym rytuałem pamięci, jeśli system, który tworzy potrzebę takiego pomnika, wciąż trwa? W zestawieniu z koniem ciągniętym po błocie, szczur z Wrocławia jest jak znak kontrastu: tam – milczenie prawa, tu – próba zadośćuczynienia. Tam – legalność bez godności, tu – symboliczny gest bez realnej zmiany. Ale może to właśnie takie gesty są pęknięciem w strukturze obojętności, przez które zaczyna sączyć się empatia?
Społeczne czuwania
Gdy piszę o gestach, które są pęknięciem w strukturze obojętności, to od razu przychodzi mi na myśl Poznań i październik 2025.
Bo dokładnie w październiku 2025 roku w Poznaniu, po śmierci słonicy Kingi wydarzyło się coś niezwykłego. Ludzie zaczęli gromadzić się przed bramą Starego Zoo. Przynosili kwiaty i zapalali znicze. Nie po to, by zaprotestować przeciwko naturze śmierci, lecz by ją nazwać, by nadać jej sens. Było w tym coś, czego wciąż brakuje naszej kulturze — społeczny rytuał żałoby po zwierzęciu. Na transparentach widniały słowa: „Stop śmierciom zwierząt”, „Dość bierności władz Poznania”. Niektórzy mówili, że przyszli, by pożegnać słonicę, inni – że chcą powiedzieć „Dość”.
Śmierć Kingi stała się momentem, w którym prywatne uczucie żalu spotkało się ze wspólnotową potrzebą uznania. To nie była manifestacja przeciwko komuś — to była manifestacja za kimś. Za zwierzęciem, które żyło, czuło, umarło i nie zniknęło w milczeniu. Takie wydarzenia są nowymi rytuałami — oddolnymi, emocjonalnymi, spontanicznymi. Nie organizują ich instytucje, lecz ludzie, którzy nie godzą się na to, by śmierć zwierzęcia była bezimienna.
A tak swoją drogą pytanie o pamięć po zwierzętach nie dotyczy tylko grobów, pomników czy rytuałów. Dotyczy również tego, jak o nich mówimy, jak ich używamy w języku, w obrazie, w symbolu. Bo słowa i obrazy również potrafią zabijać – po raz drugi, po raz trzeci, w nieskończoność. I na pewno poruszę ten temat, jednak przy okazji czy to kolejnych wpisów na blogu, czy odcinków podcastu.
Prawo do pamięci
Prawo do pamięci nie jest zapisane w kodeksie. Ale to prawo do znaczenia. Prawo do tego, by istnienie nie zniknęło bez śladu. To ciche prawo moralne, które zaczyna się w nas. Nie chodzi o to, by nie pozwolić umrzeć. Chodzi o to, by pozwolić znaczyć. Bo tylko wtedy śmierć przestaje być końcem, a staje się początkiem nowego języka współistnienia. Nie możemy mówić o empatii wobec żyjących, jeśli nie potrafimy współczuć z tymi, którzy odeszli. Nie stworzymy ekologii przyszłości bez ekologii pamięci.
Chciałabym, aby prawo do pamięci wyszło poza ramy czystej teorii. Chciałabym, aby był to akt czułości wobec przemijania. Bo pamięć nie zatrzymuje życia — ona nadaje mu dalszy kształt. Czy zwierzęta mają prawo do pamięci? Z perspektywy prawa – nie. Z perspektywy etyki – powinny. Prawo do pamięci to nie zapis w kodeksie. To prawo do znaczenia, do tego, by istnienie nie zostało zapomniane, zredukowane do numeru, do ciała, do towaru.
Włączenie zwierząt w sferę pamięci to rewolucja cicha, ale głęboka. To moment, w którym uznajemy, że empatia nie kończy się na granicy gatunku. Że pamięć jest formą sprawiedliwości.
Wspólnota pamięci nie zawsze wymaga pomników. Czasem to wspólne zapalenie świeczki, tabliczka przy drodze, gdzie potrącono sarnę. Każdy z tych gestów to mikro-rytuał współodczuwania, który mówi: „Twoje życie nie zniknęło bez śladu”. W ten sposób tworzy się coś w rodzaju archiwum czułości – sieć drobnych, ludzkich gestów wobec pozaludzkich istot.
Pamięć jest zawsze wyborem. A wybory mówią o nas więcej niż słowa. Kiedy zapalamy świeczkę dla psa, który odszedł, stawiamy tabliczkę przy drodze dla sarny potrąconej przez samochód czy dołączamy do kręgu żałoby po utracie kota mówimy światu: „Nie zgadzam się na niepamięć”. To gest sprzeciwu wobec wciąż panującej logiki: „Nieważne, bo pozaludzkie”. Jeśli dziś zauważymy ich śmierć, jutro zaczniemy widzieć ich życie.

