radioactivedog

  • Reaktor
  • Nadajnik
  • Radio Aktywne
  • SWN
  • Dołącz do stada
Opublikowany 26/01/2026 przez Paulina Szczupaczyńska

Opowiem Wam na początku krótko pewną historię. Było sobie miejsce, do którego trafiło bardzo dużo zwierząt. Miejsce, które w teorii miało być bezpiecznym, a w praktyce stało się początkiem długiego znikania. Z oczu. Z kontroli. Z odpowiedzialności.


Radysy. Mazury. I to nie jest historia, która wydarzyła się „nagle”. Ona ciągnęła się latami. Według prokuratury mowa o przedziale czasowym od czerwca 2010 do czerwca 2020. Dziesięć lat. Dziesięć zim i dziesięć wiosen, w których można było zareagować wcześniej. Już na początku tej historii jest scena, która przy właściwie działających mechanizmach powinna tak naprawdę tę opowieść zakończyć. Rok 2012. Wchodzi Najwyższa Izba Kontroli. Nie wolontariusze, nie „Internet”. Państwowa instytucja. I zostawia po sobie negatywną ocenę: braki w warunkach, problemy z izolacją chorych zwierząt, nieprawidłowe ewidencje. Czarny druk na białym papierze. I teraz co istotne: to nie jest moment, w którym ta historia się urywa. Ba, to jest moment, w którym ta historia… idzie dalej. Tak jakby nic się nie stało.

A potem przychodzi czerwiec 2020. Dopiero wtedy do Radys wchodzą prokuratorzy, policja. I nagle to, co było „na papierze”, staje się obrazem. Media piszą o ponad tysiącu zwierząt. O martwych psach. O dziesiątkach wymagających pilnej pomocy weterynaryjnej. I o wątku, który boli: że śledztwo dotyczy też tego, jak to możliwe, że nadzór przez lata tego nie zatrzymał. Potem zaczyna się to, co w Polsce bywa najbardziej przewidywalne: sprawa ciągnie się latami. W czerwcu 2024 roku akt oskarżenia trafia do sądu. A 11 lutego 2025 roku rusza proces.

Ta szalenie skrócona opowieść to opowieść o schronisku w Radysach. I wiecie, dlaczego zaczynam od Radys, pomimo tego, że dziś to schronisko w Bytomiu jest na ustach wszystkich? Bo Radysy powinny były być lekcją o tym, jak system potrafi działać, kiedy patrzy głównie w dokumenty. Dokumenty są, procedury są, formalnie „ktoś kontroluje”, a mimo to cierpienie może trwać latami. Wystarczy, że nadzór zatrzymuje się na papierze, a nie na obecności w terenie. Że sprawdzamy, czy zgadza się dokumentacja, zamiast sprawdzać, jak wygląda codzienność zwierząt. I że schronisko traktujemy jak odpowiedź na bezdomność, zamiast jak sygnał, że prewencja nie działa.

Bytom nie otwiera tej historii. Bytom ją tylko przypomina i pokazuje ją w czasie teraźniejszym. Bo my już to widzieliśmy wcześniej. Radysy są dowodem, że to nie jest „jedno miejsce” i „jedna afera”. To jest mechanizm, który potrafi działać latami, kiedy wszystko da się domknąć papierem. Protokół, podpis, pieczątka: „brak nieprawidłowości”. Dopiero kiedy sprawa przestaje być lokalna – kiedy ktoś nie odpuszcza, kiedy obraz idzie w świat – zaczyna się reakcja.

Bo w Polsce cierpienie zwierząt bardzo często jest cierpieniem „bez świadków”. To zupełnie jak w kwestii rzeźni – gdyby miały przeszklone ściany, może dopiero wtedy nastąpiłoby przebudzenie wielu osób. Podobnie jest ze schroniskami – rzeczy dzieją się na uboczu, w budynkach z zakazem wstępu, w procedurach, które kończą się pieczątką: „brak nieprawidłowości”. I dopiero kiedy ktoś przerwie ten układ – czasem osoba publiczna, czasem wolontariuszka, czasem radny – okazuje się, że to nie była jednostkowa „wpadka”, tylko mechanizm.

I teraz chcę powiedzieć coś, co mnie naprawdę uwiera. Bo dziś, przy Bytomiu, słyszę: „Nareszcie. Przyszła Doda i nareszcie powiedziała, jak jest”. Nareszcie? A ja mam w głowie Radysy. Mam w głowie NIK z 2012 roku. Sobolew, Wojtyszki. Mam w głowie setki zgłoszeń, pisma, telefony, raporty, interwencje wielu fundacji i wolontariatu latami. Wiecie, co jest w tym „nareszcie” krzywdzące? Że ono brzmi tak, jakby przed Dodą była cisza. A nie było ciszy. Były organizacje. Byli wolontariusze. Były raporty, pisma, zawiadomienia. Były prośby o kontrolę. Były interwencje, w których ludzie ryzykowali zdrowiem psychicznym, relacjami w lokalnych społecznościach, czasem pracą tylko po to, żeby ktoś wreszcie spojrzał w oczy temu, co się dzieje za ogrodzeniem.

Mam poczucie, że to „nareszcie” nie dotyczy prawdy. To „nareszcie” dotyczy zasięgu. Bo system nie zaczął się psuć w dniu, kiedy pojawiła się kamera. System psuł się dużo wcześniej, tylko wcześniej kamera nie była zainteresowana. Więc tak: super, że ktoś z mega dużym zasięgiem wszedł tam z kamerą. To jest ważne. Ale nie mówmy „nareszcie”, jakby prawda zaczęła się w momencie, kiedy trafiła do Internetu. Prawda była wcześniej. Tylko nie miała… odpowiedniego algorytmu. Więc kiedy pojawia się „nareszcie”, to powinno się raczej pojawiać w kontekście: nareszcie zadziałał algorytm. Choć przykre jest to, że na ten algorytm złożył się temat, który a) był „wystarczająco medialny”, i b) cierpienie dostało twarz, którą rozpoznają media. Czy to jest krzywdzące? Tak. Krzywdzące dla tych, którzy byli tam wcześniej i krzywdzące przede wszystkim dla zwierząt, bo one nie mogą czekać, aż ktoś z dużym nazwiskiem potwierdzi, że mają prawo nie cierpieć.

Chcę to powiedzieć bardzo jasno: dobrze, że to poszło w świat. Tylko jednocześnie nie przyjmujmy, że to jest początek tej historii. Bo organizacje prozwierzęce mówiły o patologiach w schroniskach od lat. Wolontariusze prosili o kontrole od lat. I kiedy dziś słyszę „nareszcie”, to czuję, jakby ktoś wymazywał całą tę pracę gumką. Dlatego powstał ten wpis. Nie po to, żeby opowiedzieć kolejną „aferę”, tylko żeby nazwać mechanizmy, które sprawiają, że takie historie w ogóle są możliwe i dlaczego potrafią trwać latami. Bo jeśli skupimy się tylko na jednym miejscu, to za chwilę będziemy mieli następne. A jeśli zrozumiemy system, możemy zacząć go rozbrajać: po stronie gmin, pieniędzy, kontroli i prewencji.

Schronisko nie jest rozwiązaniem. Schronisko jest skutkiem.
Zacznijmy od podstaw: w prawie schronisko nie jest „czyjąś prywatną przestrzenią”, tylko elementem zadania publicznego. Gmina ma obowiązki: uchwala program opieki nad zwierzętami bezdomnymi i zapobiegania bezdomności, ma zapewniać miejsce, planować, organizować. To nie jest jakaś tam „sympatyczna” działalność dodatkowa. To jest obowiązek. I tu pojawia się pierwszy paradoks: Polska potrafi produkować dokumenty, które brzmią jak troska. A równocześnie realne działania gmin w prewencji często są pozorne, nieskuteczne albo wykonywane nierzetelnie.

Schronisko jest więc skutkiem dwóch rzeczy naraz:
a) „Brak prewencji = kran odkręcony na full”
Prewencja to wszystko, co sprawia, że mniej zwierząt w ogóle trafia do schroniska. Czyli nie leczenie skutków, tylko zmniejszanie dopływu. W praktyce (w Polsce) to przede wszystkim:
• kastracja/sterylizacja (także zwierząt „właścicielskich”, nie tylko schroniskowych)
• chipowanie + rejestracja (żeby zwierzę było „czyjeś”)
• egzekwowanie zakazów porzucania i realne konsekwencje
• kontrola rozmnażania/handlu (w tym pseudohodowli)
• edukacja + działania gminne (programy, dopłaty do zabiegów, kampanie).
Metafora „kranu” jest taka: jeśli te rzeczy nie działają, to strumień nowych zwierząt stale napływa. Schronisko robi się jak odpływ w wannie, a my dolewamy wody z kranu szybciej, niż ona spływa. NIK właśnie to pokazuje: rosną wydatki, a działania zapobiegawcze bywają marginalne lub pozorne.
b) „Brak odpowiedzialności = zwierzę niczyje, a więc bezkarność”
To druga odnoga problemu: nawet jeśli w teorii mamy przepisy o porzucaniu i znęcaniu się, to w praktyce często rozbijamy się o prozaiczne pytanie: czy da się ustalić właściciela?

Jeśli zwierzę nie jest oznakowane, to po porzuceniu staje się „anonimowe”. A „anonimowe” znaczy: trudno udowodnić, kto je porzucił, kto zaniedbał, kto powinien ponieść koszty. Wtedy koszty i ciężar spadają na gminę, organizacje i schronisko. W skrócie: bez identyfikacji nie da się przypisać odpowiedzialności. A bez odpowiedzialności wszystko rozmywa się w systemie. I historia zaczyna się od nowa.

Reasumując, w dużym uproszczeniu schronisko jest skutkiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, braku skutecznej profilaktyki, przez co co roku przybywa zwierząt, Po drugie – braku realnej odpowiedzialności właścicieli, bo bez chipowania i rejestracji wiele zwierząt jest anonimowych, a anonimowość oznacza bezkarność.

Płacimy za trwanie problemu.
I teraz przechodzimy do czegoś, co jest niewygodne, bo brzmi cynicznie. Ale bez tego nie zrozumiemy, dlaczego te historie wracają. W Polsce my nie finansujemy głównie rozwiązania bezdomności zwierząt. My finansujemy jej obsługę. To nie jest jakaś tam opinia wzięta z Internetu. To widać w liczbach.

Najwyższa Izba Kontroli pokazała, że w kontrolowanych gminach wydatki na opiekę i zapobieganie bezdomności wzrosły w 2023 roku względem 2019 aż o 84,5% proc. Czyli pieniędzy jest coraz więcej… a schroniska nadal pękają w szwach. Dlaczego? Bo gros tych pieniędzy idzie na to, co dzieje się po fakcie: odłów, transport, utrzymanie. A prewencja – ta nudna, cicha, bez kamer, typu znakowanie, kastracje/sterylizacje, edukacja – jest traktowana jak „dodatek”. I NIK pokazała jeszcze jedną rzecz, która powinna nas otrzeźwić: w kontrolowanych gminach wydatki na znakowanie i zabiegi u zwierząt właścicielskich to było około 1 proc. całości w latach 2019–2023. Jeden procent. I wtedy mechanizm robi się tak prosty, że wręcz księgowy:
– jeśli rozliczamy schronisko „za dobę pobytu” to system zaczyna „lubić” długie pobyty
– jeśli rozliczamy „za odłów” to system uczy się łapać, a nie zapobiegać.

A jeśli prewencja jest tylko dodatkiem w budżecie to dodatki nigdy nie wygrają z pożarem. Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz, o której prawie się nie mówi: transparentność. W takim modelu wszystko łatwo zamknąć w dokumentach. A dokumenty potrafią być idealne nawet wtedy, kiedy w środku coś się sypie. I jeśli kontrola sprawdza przede wszystkim papier, a nie realny stan zwierząt, to my możemy mieć z jednej strony niemal idealny „porządek” w segregatorach, ale totalny chaos i dramat w boksach. Dlatego, kiedy słyszę „To pojedynczy przypadek”, to krew mnie zalewa. Bo jeśli podobne schematy wracają w różnych miejscach i przez lata, to to nie jest tylko problem jednego schroniska – to jest problem systemu, w którym bardziej opłaca się utrzymywać skutek, niż zapobiegać. I tu jest moment, w którym ta historia robi się naprawdę niebezpieczna. Bo jeśli pieniądze idą głównie na obsługę skutku, a nie na zapobieganie, to cały system zaczyna żyć własnym życiem. Ma umowy, ma faktury, ma stawki, ma rubryki. I z zewnątrz wygląda poprawnie. W tym modelu papier potrafi być idealny. I jeśli ktoś kontroluje przede wszystkim papier, to dużo łatwiej w tym modelu napisać „brak nieprawidłowości”. I dlatego przechodzimy do kolejnej rzeczy, czyli…

Kontrole: dlaczego „brak nieprawidłowości” tak często znaczy „nie sprawdziliśmy tego naprawdę”
Jest jeszcze jeden mechanizm, który paradoskalnie potrafi uśpić czujność: kontrola. NIK w raporcie o zapobieganiu bezdomności zwierząt opisuje wprost, że nadzór gmin nad wykonawcami zadań często nie działał tak, jak powinien. A czemu? Bo bywał prowadzony „zza biurka”. Najwyższa Izba Kontroli wskazała, że gminy często ograniczały się do analizy dokumentacji, zamiast sprawdzać realizację zadań na miejscu w schronisku, a część działań kontrolnych była prowadzona nierzetelnie. A jeśli kontrola ogranicza się do dokumentów, to łatwo przeoczyć to, co dzieje się naprawdę. I tu dochodzimy do paradoksu: w dokumentach może być idealnie, a w boksach może być źle. Można mieć komplet faktur, a nie mieć realnej odpowiedzi na pytanie: czy zwierzęta mają opiekę, warunki, leczenie, czy ktoś je widzi codziennie, nie tylko w tabeli. Do tego dochodzi Inspekcja Weterynaryjna. Ona ma procedury, standardy, instrukcje. Są raporty, są wytyczne, jest rozporządzenie określające szczegółowe wymagania dla schronisk. Tyle że w praktyce jakość kontroli zawsze zależy od warunków: od liczby ludzi, czasu, priorytetów, determinacji i odporności na naciski.

W systemie, w którym wszystko jest „na styk”, najłatwiej wygrywa kontrola formalna: w papierach wszystko się zgadza. A co ze zwierzętami? Wiadomo, tego nie mają jak złożyć skargi. I tu dochodzimy do tego, czym schronisko potrafi być jako instytucja.

Schronisko jako instytucja totalna: kiedy „opieka” staje się izolacją
Kiedy kontrola kończy się na dokumentach, a nie na obecności w terenie, schronisko łatwo staje się światem zamkniętym. Z własną rutyną, własnymi regułami i minimalną przejrzystością dla ludzi z zewnątrz. Socjologia ma na to pojęcie: „instytucja totalna”. Prof. Hanna Mamzer używa go właśnie w odniesieniu do schronisk. Dlaczego to jest ważne? Bo to tłumaczy pewien mechanizm: im mniej realnej kontroli z zewnątrz, tym bardziej wszystko dzieje się „po swojemu” w środku. W takim układzie rośnie ryzyko, że schronisko zacznie działać przemocowo, między innymi poprzez zaniedbanie, rutynę i obojętność, tyle że ubrane w procedury i z pieczątką.

Prewencja i identyfikacja: reforma zaczyna się przed schroniskiem
Jeżeli naprawdę chcemy zmiany, musimy mówić o dwóch rzeczach jednocześnie i nie mieszać ich ze sobą.

Pierwsza to standardy schronisk: warunki bytowe, opieka weterynaryjna, jawność danych, sensowne kontrole. To jest obowiązek państwa i samorządu wobec zwierząt, które już zostały wciągnięte w ten system.

Druga to źródło bezdomności, czyli wszystko, co sprawia, że zwierząt bezdomnych wciąż przybywa. I jeżeli nie zajmiemy się tym poziomem, będziemy stale działać na końcu łańcucha zdarzeń: łapać, przewozić, utrzymywać, leczyć, ratować. A potem robić to samo od nowa.

Organizacje mówią o tym od lat: identyfikacja i prewencja to fundament. Znakowanie i rejestracja oraz kastracje i sterylizacje nie są „opcją”. To jest warunek odpowiedzialności. Jeśli zwierzę jest anonimowe, odpowiedzialność człowieka łatwo się rozmywa i ciężar spada na gminę, organizacje i schroniska.

I tu wracam do danych NIK: gminy wydają przede wszystkim na to, co dzieje się już po fakcie: na odławianie i utrzymanie w schronisku. Natomiast na profilaktykę, czyli znakowanie i zabiegi u zwierząt, które jeszcze mają właścicieli, idzie niewielki ułamek budżetu. To oznacza, że system leczy skutek, zamiast zmniejszać liczbę zwierząt, które w ogóle trafiają do schronisk. Schroniska będą mniej przepełnione dopiero wtedy, kiedy mniej zwierząt będzie do nich trafiać. A to wymaga dwóch rzeczy: identyfikacji oraz prewencji prowadzonej regularnie, nie od akcji do akcji.

I bardzo ważna kwestia. Gminy nie działają w próżni – przypominam, że co roku mają obowiązek przyjąć program opieki nad zwierzętami bezdomnymi i zapobiegania bezdomności i ten termin jest stały, czyli do 31 marca. Jak pokazał raport NIK, w wielu gminach programy były uchwalane bez konkretnego sposobu realizacji zadań albo bez realnego planu finansowania. To jest ten moment, w którym „Pilnujcie gmin” przestaje być hasłem. To jest prosta czynność: sprawdzić, co gmina przyjęła, zapytać ile na to przeznacza, i czy to w ogóle ma szansę zmniejszać liczbę zwierząt trafiających do schronisk. I tu pojawia się pytanie praktyczne: skąd my właściwie mamy wiedzieć, czy gmina i schronisko robią to dobrze? Właśnie dlatego kolejnym kluczowym narzędziem jest jawność, czyli prawo do informacji publicznej.

Jawność: kamera jest chwilowa, informacja publiczna jest trwała
Czy mamy prawo wiedzieć? Mamy. I to jest jeden z najbardziej niedocenionych wątków, bo to nie jest narzędzie tylko dla prawników i dziennikarzy. Każdy ma prawo. Skoro schronisko wykonuje zadanie publiczne zlecone przez gminę i działa za publiczne pieniądze, to w tym zakresie podlega ustawie o dostępie do informacji publicznej. To znaczy: umowy z gminą, rozliczenia, faktury opłacane ze środków publicznych, protokoły kontroli, statystyki, zasady realizacji zadania. To nie jest „wewnętrzna sprawa zarządu”, tylko informacja o wykonywaniu zadania publicznego.

Wystarczy wniosek o informację publiczną: mail, kilka zdań, konkretne pytania. O co pytać? Taki minimalny pakiet:

  • o umowę gminy z wykonawcą schroniska + wszystkie aneksy (i załączniki określające zakres usług),
  • o stawki i sposób rozliczeń: odłów, transport, „doba pobytu”/ryczałt oraz wszelkie opłaty dodatkowe,
  • o protokoły kontroli (gminnych i Inspekcji Weterynaryjnej) + zalecenia pokontrolne i informacja, czy zostały wykonane,
  • o sprawozdania/raporty, które schronisko przekazuje gminie (miesięczne/kwartalne/roczne),
  • o statystyki za okres X: przyjęcia, adopcje, zwroty do właścicieli, zgony i eutanazje, stan na koniec miesiąca, średni czas pobytu (w formie, jaką podmiot posiada),
  • o zestawienie wydatków z pieniędzy publicznych na kluczowe kategorie (karma, weterynaria, utylizacje, remonty/utrzymanie) wraz ze wskazaniem usługodawców/wykonawców.

I to jest najprostszy sposób, żeby sprawdzić, co naprawdę dzieje się za ogrodzeniem, bez domysłów i bez plotek. To jest sposób, żeby zamienić „Słyszałam/Słyszałem, że…” na „Wiem, bo widziałam/widziałem dokument”.

Co należy zmienić, żeby to się nie powtarzało
Powiem to najprościej, jak się da: jeśli nie zmienimy kilku podstawowych rzeczy, zwierzęta będą cierpieć dalej, tylko w innych miejscach i pod innymi szyldami.

Pierwsza rzecz: jawność danych jako standard. W tej chwili zbyt wiele zależy od wniosków i uporu mieszkańców. A powinno być odwrotnie: minimum danych i wydatków powinno być publikowane regularnie, z urzędu, w BIP tak, żeby każdy mógł to sprawdzić.

Druga rzecz: model finansowania powinien być spójny z celem publicznym. W wielu gminach istotną częścią rozliczeń z podmiotem prowadzącym schronisko stanowi stawka za „dobę pobytu” zwierzęcia, czasem obok innych elementów, takich jak odłów czy transport. To ma prostą konsekwencję: gdy zwierzę zostaje w schronisku długo, koszty po stronie gminy rosną. Celem powinno być to, żeby zwierzę możliwie szybko wróciło do opiekuna albo znalazło bezpieczny dom i żeby do schronisk trafiało mniej zwierząt. Dlatego w umowach i programach gminnych warto mocniej akcentować działania, które realnie skracają pobyt i ograniczają napływ: sprawną identyfikację i zwroty do właścicieli, pracę adopcyjną, a po stronie gminy konsekwentną prewencję (kastracje/sterylizacje oraz znakowanie zwierząt właścicielskich).

Trzecia rzecz: kontrola w terenie, regularna i realna. Nie kontrola segregatora, tylko kontrola miejsca. Taka, która sprawdza warunki, obserwuje zwierzęta, weryfikuje procedury i wykonanie zaleceń, a nie tylko odhacza rubryki. Bez tego „brak nieprawidłowości” bywa tylko informacją o tym, że nikt nie zobaczył wystarczająco dużo.

Czwarta rzecz: identyfikacja i egzekwowalna odpowiedzialność człowieka. Bez powszechnego znakowania i rejestracji będziemy wciąż działać na końcu łańcucha zdarzeń. Zwierzę anonimowe łatwo staje się „niczyje”, a wtedy odpowiedzialność rozpuszcza się w systemie.

Piąta rzecz: bezpieczne zgłaszanie nieprawidłowości i poważne traktowanie wolontariatu. Wolontariat w schronisku nie jest „ozdobą” ani działaniem PR-owym. Wolontariuszki i wolontariusze bywają na miejscu regularnie i często jako pierwsi widzą, że coś zaczyna się sypać: że zwierzęta chudną, że leczenie się opóźnia, że rośnie przepełnienie, że brakuje podstawowej opieki. Dlatego osoby, które zgłaszają nieprawidłowości – pracownicy, wolontariusze, współpracujące lecznice – muszą mieć realną możliwość zgłoszenia problemu bez strachu przed odwetem. Bo kiedy ludzie milkną, instytucja może tygodniami albo miesiącami funkcjonować „po swojemu”, bez korekty z zewnątrz.

Na koniec chcę powiedzieć jedno: dobre schronisko to schronisko możliwie puste, to znaczy takie, do którego trafia jak najmniej zwierząt, bo działa prewencja, a te zwierzęta, które już trafią, jak najszybciej odzyskują dom: wracają do opiekunów albo trafiają do adopcji.

Schronisk jako instytucji nie da się wyeliminować całkowicie, bo gmina ma ustawowy obowiązek zapewniania opieki zwierzętom bezdomnym, a „bezdomność” (czy, jak wolę mówić, kryzys bezdomności) obejmuje również sytuacje nagłe, wymagające natychmiastowego zabezpieczenia: zwierzę zagubione, porzucone albo odebrane w ramach interwencji. Ale schronisko nie może być rozwiązaniem na stałe. To ma być miejsce przejściowe, a nie docelowe. Bo kiedy schronisko staje się normą, normą staje się też cierpienie: przepełnienie, opóźnione leczenie, znieczulenie rutyną.

Pytajmy o umowy, o kontrole, o dane. Składajmy wnioski o informację publiczną. Wymagajmy prewencji, znakowania, kastracji oraz sterylizacji – to jedyny sposób, żeby w schroniskach było mniej zwierząt, a nie tylko więcej historii.

Posted in
Co dalej z Centralnym Azylem dla Zwierząt?
Jak uchronić się przed wypaleniem w aktywizmie na rzecz natury, klimatu i zwierząt pozaludzkich? (webinar)
Dostosowania Dostępności

Napędzane przez OneTap

Jak długo chcesz ukryć pasek narzędzi?
Czas Trwania Ukrycia Paska Narzędzi
Wybierz swój profil dostępności
Tryb Osób z Upośledzeniem Wzroku
Wzbogaca wizualne elementy strony internetowej
Profil Bezpieczny dla Napadów
Usuwa błyski i zmniejsza kolory
Tryb Przyjazny dla ADHD
Skupione przeglądanie, bez rozproszenia
Tryb Ślepoty
Zmniejsza rozproszenie, poprawia skupienie
Tryb Bezpieczny dla Epilepsji
Przyciemnia kolory i zatrzymuje miganie
Moduły Treści
Rozmiar Czcionki

Domyślne

Wysokość Linii

Domyślne

Moduły Kolorów
Moduły Orientacji

s7a.pl