radioactivedog

  • Reaktor
  • Nadajnik
  • Radio Aktywne
  • SWN
  • Dołącz do stada
Opublikowany 23/12/2025 przez Paulina Szczupaczyńska

To nie będzie miły wpis. To będzie wpis o przemocy, której często nawet nie rozpoznajemy, bo lubi się kryć pod tradycją, przyzwyczajeniem i językowym automatem.

To wpis, który nie krzyczy obrazami. Nie pokażę Wam scen przemocy. Za to opowiem Wam o takiej jej formie, która jest ukryta, a przez to… jest trudniejsza do uchwycenia. Dziś porozmawiamy o przemocy językowej wobec zwierząt. Jak już się na pewno domyślacie, to nie będzie wpis o tym, jak „ładnie mówić”. To będzie wpis o etyce, prawie i o tym, jak język robi coś bardzo konkretnego: ustawia granice naszego współczucia. I żeby była jasność: nie chodzi mi o językową policję. Nie chodzi o wstyd, ocenianie, piętnowanie. Chodzi o świadomość. O to, żebyśmy wspólnie zobaczyli mechanizm w tej przemocy językowej, który działa nawet wtedy, gdy brzmi „neutralnie”.

Przemoc ma różne formy: psychiczną, ekonomiczną, systemową i symboliczną. Często to właśnie te formy zaczynają się wcześniej niż przemoc fizyczna. Dla mnie ten kontekst jest ważny, bo te mechanizmy „wcześniej” świetnie widać też w relacji ludzi ze zwierzętami. To nie jest osobny świat. To jest ta sama logika: kto ma głos, a kto go nie ma; komu przypisujemy godność, a kogo łatwo zredukować do „czegoś”. Przemoc wobec ludzi i przemoc wobec zwierząt często karmią się tymi samymi mechanizmami. Tą samą logiką dominacji. Tą samą łatwością uprzedmiotowienia. I mam taką tezę: przemoc wobec zwierząt ma swój przedpokój w języku. Zanim pojawi się kopnięcie, zignorowanie, uśmiercenie albo systemowe zamknięcie w klatce czy kojcu, zwykle pojawia się słowo, które odbiera zwierzęciu podmiotowość.

Gramatyka pogardy
Język przygotowuje grunt pod przemoc albo ją normalizuje. Bo język to nie tylko opis świata – to także narzędzie organizowania świata. To, jak mówimy, wpływa na to, co uznajemy za normalne, dopuszczalne, „naturalne”. Zwierzęta w przestrzeni publicznej często pojawiają się jako narzędzie. Metafora. Rekwizyt. Tło dla historii o człowieku. Ktoś jest „świnią”, bo jest niekulturalny. Ktoś jest „szczurem:, bo jest nielojalny. Ktoś jest „baranem”, bo jest głupi. Ktoś „zachowuje się jak bydło”, bo jest niegrzeczny. Zwierzęta nie są tu widziane jako „ktoś”. Są używane jako forma pogardy. I tu pojawia się pytanie: czy da się budować kulturę „nieprzemocy”, jeśli jednocześnie normalizujemy język, który na co dzień ćwiczy w nas pogardę wobec innych istot? Bo jeśli przemoc jest relacją władzy i instrumentalizacji, to język, który bezrefleksyjnie ustanawia zwierzę jako „gorsze”, wzmacnia w nas nawyk dominacji. Także w innych relacjach.

Kiedy patrzymy na systemowe luki, zaczynamy widzieć, jak ogromną rolę odgrywa język. Język jest często mechanizmem, który te luki „uszczelnia” w naszej głowie. Pozwala mówić o cierpieniu tak, jakby było procedurą. O krzywdzie tak, jakby była „regulacją”. O śmierci tak, jakby była „pozyskaniem”. O zwierzęciu tak, jakby było „materiałem”, „problemem”.

Skoro wiemy, gdzie prawo nie chroni zwierząt, przyjrzyjmy się temu, co dzieje się jeszcze wcześniej. Temu, co ustawia nam moralną ostrość, zanim w  ogóle zaczniemy myśleć o ochronie. Czyli: język. A co za nimi idzie, przemoc językowa wobec zwierząt.

Odpodmiotowienie w czterech aktach
Co to właściwie jest ta przemoc językowa wobec zwierząt? Najprościej: to taki sposób mówienia, który odbiera zwierzętom status istot, a przypisuje im status rzeczy, problemu albo nośnika wstydu. Przemoc językowa wobec zwierząt ma kilka charakterystycznych „trybów działania”:

  • Po pierwsze: odpodmiotowienie.
    Zwierzę staje się „sztuką”, „materiałem”, „jednostką”, „pogłowiem”, „wkładem”, „produktem”.
  • Po drugie: moralna dezynfekcja.
    Zamiast „zabijania” jest „ubój”. Zamiast „cierpienia” jest „pozyskanie”. Zamiast „krzywdy” jest „regulacja”. Brzmi technicznie, proceduralnie, „neutralnie”. Czyli bezpiecznie dla naszego sumienia.
  • Po trzecie: narracje konfliktu. Zwierzę w mieście to „plaga”, „problem”, „zagrożenie sanitarne”, „pasożyt”, „szkodnik”. Czyli: coś, co ma zniknąć.
  • Po czwarte: animalistyczne obelgi. Gdy obrażamy ludzi zwierzętami, robimy to skutecznie tylko dlatego, że w tle istnieje założenie: zwierzę jest gorsze.

I każdy z tych trybów robi to samo: obniża próg empatii.

Skandal, który powiedział o nas więcej, niż chciał
Chcę tu przywołać pewną sytuację z Warszawy, bo ona jest jak soczewka tego, o czym napisałam powyżej. W kampanii edukacyjnej pewnej firmy organizującej komunikację miejską pojawiła się kreacja z postacią z głową świni i hasłem „Nie bądź świnią” w kontekście jedzenia i picia w komunikacji publicznej.

Intencja mogła być prosta: „Nie brudź będąc w autobusie”. Problem w tym, że narzędzie było skandalicznie chybione. Bo oparło się na społecznym automacie: świnia = brud i obżarstwo. Automacie tak silnym, że wszedł do komunikacji instytucji publicznej. Nie prywatnego mema, nie słabego żartu w gronie znajomych. Tylko do przekazu instytucjonalnego. Ta kreacja (po ogromnej krytyce) została wycofana. I choć można debatować, dlaczego tak się stało, dla mnie jest to ważne z dwóch powodów.

  • Po pierwsze: pokazuje, że przemoc symboliczna wobec zwierząt nie jest „fanaberią wrażliwców”. To temat społecznie ważny. Widać, że wrażliwość rośnie i że instytucje nie mogą już udawać, że nic się nie stało.
  • Po drugie: pokazuje, że stereotypy są podatne na zmianę o ile nazwiemy problem i pokażemy jego konsekwencje.

Nacisk na wycofanie kreacji z postacią z głową świni i hasłem „Nie bądź świnią” to nie był spór o estetykę. To był spór o normę kulturową, a dokładniej czy w przestrzeni wspólnej akceptujemy publiczne wzmacnianie pogardy wobec zwierząt jako narzędzia dyscyplinowania ludzi.

„Nie bądź świnią”: zwierzę jako „narzędzie” wstydu
Zatrzymajmy się przy tym mechanizmie, bo on jest w wielu miejscach i działa szybciej niż myślenie. Wystarczy jedno zdanie: „Nie bądź świnią”. I nagle zwierzę staje się narzędziem dyscypliny. Skrótem do zawstydzania. I to nie jest tylko o świni. To jest cały słownik codziennych kar:

  • „małpa”, kiedy dziecko się wierci.
  • „osioł”, kiedy czegoś nie rozumie.
  • „baran”, kiedy ktoś zrobił błąd.
  • „szczur”, kiedy ktoś jest nielojalny.
  • „bydło”, kiedy ktoś jest głośny albo agresywny.

W tym systemie zwierzęta stają się czymś w rodzaju dolnego piętra moralności – magazynem negatywnych cech, po które sięgamy, gdy chcemy kogoś zawstydzić albo upokorzyć. Zauważcie, że mamy tu w ogóle przemoc podwójną. Z jednej strony krzywdzi człowieka, bo bazuje na agresji i upokorzeniu. Z drugiej strony krzywdzi zwierzę, bo utrwala przekonanie, że zwierzę jest z definicji gorsze – nadaje się do tego, by być obelgą, narzędziem dyscypliny i wstydu. I to jest ten moment, w którym „To tylko słowo” przestaje być niewinne. Bo słowo nie tylko obraża. Słowo uczy. Uczy pogardy.

„Zdechł” czy „umarł”: spór, który nie jest o gramatyce
Przejdźmy do drugiego głośnego przykładu – wypowiedzi bardzo znanego i cenionego językoznawcy, który przekonywał, że o zwierzętach mówi się „zdechł”, a nie „umarł”, bo „co ludzkie, to ludzkie”. Ta dyskusja bywa sprowadzana do: „Ach, ci wrażliwcy, czepiają się słówek”. A ja uważam, że ona dotyka sedna: kogo uznajemy za godnego języka żałoby.

Bo „umarł” w polszczyźnie nie jest tylko biologiczne. Ono niesie powagę. „Zdechł” bardzo często niesie coś innego: dystans, chłód, czasem pogardę. I jasne: językoznawczo można opowiadać o rejestrach, tradycji, normie sprzed dekad. Tylko że język to nie muzeum. Język jest żywy. A wraz z nim zmienia się etyka. Jeśli dziś wiele ludzi uznaje zwierzęta za członków swojej rodziny to naturalne jest, że rośnie potrzeba języka, który to uniesie. Nie dlatego, że „uczłowieczamy zwierzęta”. Tylko dlatego, że przestajemy je odczłowieczać w sensie moralnym, czyli przestajemy spychać je poza obszar powagi.

Zamiast robić z tego test „kto jest lepszy”, zróbmy z tego pytanie o intencję i kontekst. Jeśli zwierzę było dla kogoś kimś ważnym, naturalnie przychodzą słowa z porządku żałoby: że „umarł”, „zmarł”, „odeszła”. Jeśli potrzebujemy tonu technicznego, bez pogardy, możemy powiedzieć, że „nie przeżył”, że „doszło do zgonu”. A jeśli „zdechł” pojawia się po to, żeby umniejszyć, żeby „ustawić” rozmowę i przypomnieć, że zwierzę nie ma prawa zasługiwać na szacunek to to przestaje być język. Tu zaczyna się przemoc. Bo sedno nie brzmi „Jakie słowo jest słownikowo dopuszczalne”. Sedno brzmi: jakie słowo buduje normę moralną.

Zwierzęta miejskie: gołębie, szczury i język „pomiędzy”
Wątek, który jest niby oczywisty, a jednak wciąż traktowany po macoszemu: zwierzęta w mieście: gołębie, koty wolno żyjące, szczury. To są te istoty, które żyją obok nas, ale nie pasują do żadnej wygodnej szufladki. Nie są „czyimś pupilem”, więc łatwo powiedzieć: „To nie moja sprawa”. A jednocześnie nie są też postrzegane jak „dzika przyroda”, którą trzeba chronić. Zostają więc gdzieś pomiędzy – w próżni empatii i odpowiedzialności. I wtedy język „robi” swoją robotę: zamiast mówić o współistnieniu, zaczynamy mówić o „pladze”, „inwazji”, „paskudztwie”, „pasożytach”, „szkodnikach”, „problemie sanitarnym”.

Zwróćcie uwagę, co robi taki język. On zamyka dyskusję zanim się zacznie, bo sugeruje, że jedynym rozwiązaniem jest usunięcie. A często w praktyce eliminacja. Tylko że miasto jest ekosystemem. A skoro mówimy dziś o politykach miejskich, o zielonej infrastrukturze, o adaptacji do zmian klimatu, to musimy umieć powiedzieć także o międzygatunkowym współistnieniu. To nie jest idealizacja. Ja nie mówię: „Udawajmy, że nie ma konfliktów”. Konflikty są. I będą. Ale czym innym jest powiedzieć: „Szczury mogą przenosić choroby w określonych warunkach, więc potrzebujemy mądrej gospodarki odpadami i profilaktyki”, a czym innym: „Szczury to pasożyty, trzeba je tępić”. Pierwsze jest językiem zarządzania problemem. Drugie jest językiem pogardy.

Eufemizmy: miękka mowa twardych praktyk
Kolejny mechanizm to eufemizmy instytucjonalne. Eufemizmy instytucjonalne działają jak rękawiczki jednorazowe w szpitalu: mają nie dopuścić do bezpośredniego kontaktu z tym, co brudne moralnie. „Ubój”, „eliminacja osobników”, „regulacja populacji”, „pozyskanie” to słowa, które odklejają czyn od emocji. Brzmią technicznie, neutralnie, proceduralnie. A przecież opisują realne cierpienie, realny strach, realną śmierć.

W przemyśle hodowlanym ten mechanizm jest szczególnie widoczny. Język konsumencki systemowo oddziela mięso od zwierzęcia. Nie mówimy „krowa”, mówimy „wołowina”. Nie mówimy „świnia”, mówimy „wieprzowina”. Nie mówimy „kura”, mówimy „drób”. To nie jest tylko tradycja językowa. To rozwiązanie kulturowe, które obniża dysonans moralny. Eufemizm nie jest więc niewinną figurą stylistyczną. Jest narzędziem podtrzymywania systemu. To nie jest „tylko tradycja”. To jest kulturowy mechanizm obniżania dysonansu: oddzielania produktu od istoty żywej.

Prawo mówi „zwierzę nie jest rzeczą”, a język często dopowiada „ale…”
Tu wchodzi bardzo ważny wątek prawny. W polskiej ustawie o ochronie zwierząt jest zdanie, które ma ciężar symboliczny: „Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą”. To jest deklaracja etyczna wpisana w prawo. Tylko że zaraz obok żyje praktyka społeczna, administracyjna i ekonomiczna, gdzie w języku urzędowym i branżowym zwierzę bywa „sztuką”. „Pogłowiem”. „Jednostką”. „Materiałem”. I wtedy powstaje rozjazd aksjologiczny. Prawo mówi bowiem „Zwierzę nie jest rzeczą”, nie określając w tym miejscu kim jest. A język codzienny i instytucjonalny często dopowiada: „ale w praktyce jest czymś”. I właśnie w tym rozjeździe rodzi się przemoc symboliczna.

Język zarządzania życiem i śmiercią
To, co mówimy, zmienia nie tylko nasze emocje. Zmienia decyzje. Bo jeśli zwierzę jest „problemem”, to rozwiązaniem jest „usunięcie”. Jeśli zwierzę jest „zagrożeniem”, to rozwiązaniem jest „neutralizacja”. Jeśli zwierzę jest „szkodnikiem”, to rozwiązaniem jest „tępienie”. Słowa są jak gotowe scenariusze działań. I dlatego w dyskusjach – czy o zwierzętach żyjących w miastach, o dzikich zwierzętach na obrzeżach miast, czy o konfliktach w rolnictwie – język ma znaczenie polityczne. On ustawia, co jest „racjonalne”, a co jest „sentymentalne”.

Zwierzę jako „narzędzie” kontroli
W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o jednym z najważniejszych, a wciąż zbyt rzadko przytaczanych wątków: czyli o związku przemocy wobec zwierząt z przemocą interpersonalną. W wielu badaniach i praktyce pomocowej podkreśla się, że krzywdzenie zwierząt bywa elementem przemocy domowej: narzędziem kontroli, zastraszania, karania. Zwierzę staje się zakładnikiem relacji. I teraz: język znów decyduje, czy to zobaczymy. Bo czy zwierzę w takiej sytuacji jest opisywane jako istota pokrzywdzona? Czy bardziej jako „kłopotliwy element sytuacji rodzinnej”? albo jako „przedmiot sporu”? To nie są niuanse, to jest różnica między widzeniem przemocy a zamiataniem jej pod dywan. Bo wrażliwość międzygatunkowa nie jest „dodatkiem” – ona jest częścią profilaktyki przemocy.

Jak uczymy dzieci języka przemocy
Tu dochodzimy do wątku edukacyjnego, który bardzo często jest pomijany. Dzieci uczą się podwójnych standardów wcześnie: jedne zwierzęta mają imiona, historie i prawo do żałoby, inne są przedstawiane jako „zasoby”, „produkty”, „surowiec”. To jest socjalizacja językowa. Dlatego uważam, że edukacja o zwierzętach nie może kończyć się na biologii. Powinna obejmować też refleksję etyczną i językową: dlaczego mówimy o jednych „on”, „ona”, a o innych „to”, dlaczego o jednych mówimy „umarł”, a o innych „zdechł”, dlaczego jedne są „czyste”, a inne „obrzydliwe”, i kto nam to w głowie poukładał. To jest praca kulturowa. Długofalowa.

Higiena językowa bez moralizatorstwa
Co możemy zrobić realnie, bez wojny o słowa? Ja lubię to nazywać higieną językową. Nie w znaczeniu: „Czyść język, bo inaczej jesteś złym człowiekiem”. Tylko w znaczeniu: „Zobacz, co robią słowa i wybierz mądrzej”. Bo język jest jednym z tych narzędzi, które mamy pod ręką – bez ustaw, bez komisji, bez budżetów. I właśnie dlatego może być pierwszym krokiem. Tę higienę językową widzę na trzech poziomach.

  • Poziom 1: ja, w codzienności
    Zaczyna się najciszej, w zdaniach, które wypowiadamy automatycznie. W żartach, porównaniach, komentarzach rzucanych „tak po prostu”. I tu warto zrobić sobie mały stop-klatkę. Zanim powiem „świnia”, „baran” albo „małpa”, mogę zapytać samą siebie: czy ja naprawdę potrzebuję porównania do zwierzęcia, żeby skomentować czyjeś zachowanie? Czy mój żart działa kosztem utrwalania gatunkowej pogardy? I czy moje słowa nie uczą przypadkiem moich bliskich lekcji moralnej obojętności wobec innych istot? To są pytania proste i trudne jednocześnie, bo dotykają naszych automatyzmów. Ale właśnie dlatego są skuteczne: nie wymagają rewolucji, tylko uważności. Czasem wystarczy zamienić obelgę na opis zachowania. Zamiast „świnia” powiedzieć „to było nie fair”. Zamiast „bydło” – „to było agresywne”. Ta drobna zmiana robi coś ważnego: odbiera przemocy jej najłatwiejszy skrót.
  • Poziom 2: instytucje i komunikacja publiczna
    Drugi poziom to instytucje, bo one nie mówią tylko „do nas”, one mówią „za normę”. I tutaj naprawdę wystarczą krótkie standardy komunikacyjne: unikanie animalistycznych obelg w kampaniach edukacyjnych, konsultowanie wrażliwych przekazów z organizacjami pozarządowymi, sprawdzanie materiałów pod kątem zgodności z aksjologią ochrony zwierząt. To brzmi jak oczywistość, a jednak historia kampanii, o której wspominałam na początku, pokazuje, że ta oczywistość wciąż wymaga dopilnowania. I to nie jest „nadwrażliwość”. To jest nowoczesny standard etyczny: jeśli instytucja ma uczyć kultury, nie może robić tego kosztem utrwalania pogardy wobec innych.
  • Poziom 3: media
    Trzeci poziom to media. Bo to one budują zbiorową wyobraźnię i mają ogromny wpływ na to, czy zwierzę jest widziane jako część wspólnego świata, czy jako problem do usunięcia. Tu przydałyby się proste zasady podobne do tych, które znamy z rozmów o mowie nienawiści: nie robić ze zwierząt skrótu „ludzkiego zła”, nie pompować emocji clickbaitami o „pladze”, „inwazji” i „tępieniu”, tylko pokazywać, jak naprawdę wygląda współistnienie międzygatunkowe. Bo konflikt w mieście czy w naturze da się opisać bez pogardy – precyzyjnie, uczciwie i odpowiedzialnie.

Od słowa do normy moralnej
Na koniec wrócę do jednej myśli, od której zaczęłam: przemoc wobec zwierząt ma swój przedpokój w języku. Prawo jest ważne. Reforma systemów jest ważna. Edukacja jest ważna. Ale język ma jedną przewagę: jest natychmiastowy. Możemy go zmienić dziś. Zanim zmienią się przepisy. Zanim zmienią się modele biznesowe. Zanim zmieni się infrastruktura miast. Nie dlatego, że słowo zastąpi działanie. Tylko dlatego, że bez zmiany słów trudno utrzymać zmianę działań.

Jaką kulturę „nieprzemocy” budujemy, jeśli w jej codziennym słowniku przemoc wobec zwierząt jest wciąż najszybciej dostępną metaforą pogardy? Jeśli uznamy, że przemoc zaczyna się w języku, konsekwencja jest prosta: czasem najbardziej elementarną formą aktywizmu jest nie tylko ratowanie zwierząt, ale także odzyskiwanie dla nich słów. Nie po to, żeby mówić „ładniej”. Tylko po to, żeby widzieć wyraźniej.

Jeśli po tym wpisie choć raz zatrzymacie się przed automatycznym „świnia”, „szczur”, „zdechł” i wybierzecie inaczej, to już jest realna zmiana. I jeśli zaczniemy robić to równolegle, w domach, szkołach, redakcjach i instytucjach, to ta zmiana przestaje być jednostkowa. Bo jak wiecie, zmiany nie dzieją się same. Zmiany robi się razem.

Posted in
To tylko słowa? O przemocy językowej wobec zwierząt.
Zakaz polowań na 5 gatunków ptaków
Dostosowania Dostępności

Napędzane przez OneTap

Jak długo chcesz ukryć pasek narzędzi?
Czas Trwania Ukrycia Paska Narzędzi
Wybierz swój profil dostępności
Tryb Osób z Upośledzeniem Wzroku
Wzbogaca wizualne elementy strony internetowej
Profil Bezpieczny dla Napadów
Usuwa błyski i zmniejsza kolory
Tryb Przyjazny dla ADHD
Skupione przeglądanie, bez rozproszenia
Tryb Ślepoty
Zmniejsza rozproszenie, poprawia skupienie
Tryb Bezpieczny dla Epilepsji
Przyciemnia kolory i zatrzymuje miganie
Moduły Treści
Rozmiar Czcionki

Domyślne

Wysokość Linii

Domyślne

Moduły Kolorów
Moduły Orientacji

s7a.pl