<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>SFN &#8211; radioactivedog</title>
	<atom:link href="https://radioactivedog.pl/category/sfn/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://radioactivedog.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Wed, 04 Mar 2026 17:33:36 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.8.3</generator>
	<item>
		<title>Schroniska pod kontrolą (?)</title>
		<link>https://radioactivedog.pl/sfn/schroniska-pod-kontrola/</link>
					<comments>https://radioactivedog.pl/sfn/schroniska-pod-kontrola/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paulina Szczupaczyńska]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 26 Jan 2026 15:39:26 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[SFN]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://radioactivedog.pl/?p=2078</guid>

					<description><![CDATA[Opowiem Wam na początku krótko pewną historię. Było sobie miejsce, do którego trafiło bardzo dużo zwierząt. Miejsce, które w teorii miało być bezpiecznym, a w praktyce stało się początkiem długiego znikania. Z oczu. Z kontroli. Z odpowiedzialności. Radysy. Mazury. I]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Opowiem Wam na początku krótko pewną historię. Było sobie miejsce, do którego trafiło bardzo dużo zwierząt. Miejsce, które w teorii miało być bezpiecznym, a w praktyce stało się początkiem długiego znikania. Z oczu. Z kontroli. Z odpowiedzialności.</p>
<p><span id="more-2078"></span><br />
Radysy. Mazury. I to nie jest historia, która wydarzyła się &#8222;nagle&#8221;. Ona ciągnęła się latami. Według prokuratury mowa o przedziale czasowym od czerwca 2010 do czerwca 2020. Dziesięć lat. Dziesięć zim i dziesięć wiosen, w których można było zareagować wcześniej. Już na początku tej historii jest scena, która przy właściwie działających mechanizmach powinna tak naprawdę tę opowieść zakończyć. Rok 2012. Wchodzi Najwyższa Izba Kontroli. Nie wolontariusze, nie &#8222;Internet&#8221;. Państwowa instytucja. I zostawia po sobie negatywną ocenę: braki w warunkach, problemy z izolacją chorych zwierząt, nieprawidłowe ewidencje. Czarny druk na białym papierze. I teraz co istotne: to nie jest moment, w którym ta historia się urywa. Ba, to jest moment, w którym ta historia… idzie dalej. Tak jakby nic się nie stało.</p>
<p>A potem przychodzi czerwiec 2020. Dopiero wtedy do Radys wchodzą prokuratorzy, policja. I nagle to, co było &#8222;na papierze&#8221;, staje się obrazem. Media piszą o ponad tysiącu zwierząt. O martwych psach. O dziesiątkach wymagających pilnej pomocy weterynaryjnej. I o wątku, który boli: że śledztwo dotyczy też tego, jak to możliwe, że nadzór przez lata tego nie zatrzymał. Potem zaczyna się to, co w Polsce bywa najbardziej przewidywalne: sprawa ciągnie się latami. W czerwcu 2024 roku akt oskarżenia trafia do sądu. A 11 lutego 2025 roku rusza proces.</p>
<p>Ta szalenie skrócona opowieść to opowieść o schronisku w Radysach. I wiecie, dlaczego zaczynam od Radys, pomimo tego, że dziś to schronisko w Bytomiu jest na ustach wszystkich? Bo Radysy powinny były być lekcją o tym, jak system potrafi działać, kiedy patrzy głównie w dokumenty. Dokumenty są, procedury są, formalnie &#8222;ktoś kontroluje&#8221;, a mimo to cierpienie może trwać latami. Wystarczy, że nadzór zatrzymuje się na papierze, a nie na obecności w terenie. Że sprawdzamy, czy zgadza się dokumentacja, zamiast sprawdzać, jak wygląda codzienność zwierząt. I że schronisko traktujemy jak odpowiedź na bezdomność, zamiast jak sygnał, że prewencja nie działa.</p>
<p>Bytom nie otwiera tej historii. Bytom ją tylko przypomina i pokazuje ją w czasie teraźniejszym. Bo my już to widzieliśmy wcześniej. Radysy są dowodem, że to nie jest &#8222;jedno miejsce&#8221; i &#8222;jedna afera&#8221;. <strong>To jest mechanizm</strong>, który potrafi działać latami, kiedy wszystko da się domknąć papierem. Protokół, podpis, pieczątka: „brak nieprawidłowości”. Dopiero kiedy sprawa przestaje być lokalna &#8211; kiedy ktoś nie odpuszcza, kiedy obraz idzie w świat &#8211; zaczyna się reakcja.</p>
<p><strong>Bo w Polsce cierpienie zwierząt bardzo często jest cierpieniem &#8222;bez świadków&#8221;</strong>. To zupełnie jak w kwestii rzeźni &#8211; gdyby miały przeszklone ściany, może dopiero wtedy nastąpiłoby przebudzenie wielu osób. Podobnie jest ze schroniskami &#8211; rzeczy dzieją się na uboczu, w budynkach z zakazem wstępu, w procedurach, które kończą się pieczątką: &#8222;brak nieprawidłowości&#8221;. I dopiero kiedy ktoś przerwie ten układ &#8211; czasem osoba publiczna, czasem wolontariuszka, czasem radny &#8211; okazuje się, że to nie była jednostkowa &#8222;wpadka&#8221;, tylko mechanizm.</p>
<p>I teraz chcę powiedzieć coś, co mnie naprawdę uwiera. Bo dziś, przy Bytomiu, słyszę: &#8222;Nareszcie. Przyszła Doda i nareszcie powiedziała, jak jest&#8221;. Nareszcie? A ja mam w głowie Radysy. Mam w głowie NIK z 2012 roku. Sobolew, Wojtyszki. Mam w głowie setki zgłoszeń, pisma, telefony, raporty, interwencje wielu fundacji i wolontariatu latami. Wiecie, co jest w tym &#8222;nareszcie&#8221; krzywdzące? Że ono brzmi tak, jakby przed Dodą była cisza. <strong>A nie było ciszy</strong>. <strong>Były organizacje. Byli wolontariusze. Były raporty, pisma, zawiadomienia. Były prośby o kontrolę. Były interwencje, w których ludzie ryzykowali zdrowiem psychicznym, relacjami w lokalnych społecznościach, czasem pracą tylko po to, żeby ktoś wreszcie spojrzał w oczy temu, co się dzieje za ogrodzeniem.</strong></p>
<p>Mam poczucie, że to &#8222;nareszcie&#8221; nie dotyczy prawdy. To &#8222;nareszcie&#8221; dotyczy zasięgu. Bo system nie zaczął się psuć w dniu, kiedy pojawiła się kamera. System psuł się dużo wcześniej, tylko wcześniej kamera nie była zainteresowana. Więc tak: super, że ktoś z mega dużym zasięgiem wszedł tam z kamerą. To jest ważne. Ale nie mówmy &#8222;nareszcie&#8221;, jakby prawda zaczęła się w momencie, kiedy trafiła do Internetu. Prawda była wcześniej. Tylko nie miała… odpowiedniego algorytmu. Więc kiedy pojawia się &#8222;nareszcie&#8221;, to powinno się raczej pojawiać w kontekście: nareszcie zadziałał algorytm. Choć przykre jest to, że na ten algorytm złożył się temat, który a) był &#8222;wystarczająco medialny&#8221;, i b) cierpienie dostało twarz, którą rozpoznają media. Czy to jest krzywdzące? Tak. Krzywdzące dla tych, którzy byli tam wcześniej i krzywdzące przede wszystkim dla zwierząt, bo one nie mogą czekać, aż ktoś z dużym nazwiskiem potwierdzi, że mają prawo nie cierpieć.</p>
<p>Chcę to powiedzieć bardzo jasno: dobrze, że to poszło w świat. Tylko jednocześnie nie przyjmujmy, że to jest początek tej historii. Bo organizacje prozwierzęce mówiły o patologiach w schroniskach od lat. Wolontariusze prosili o kontrole od lat. I kiedy dziś słyszę &#8222;nareszcie&#8221;, to czuję, jakby ktoś wymazywał całą tę pracę gumką. Dlatego powstał ten wpis. Nie po to, żeby opowiedzieć kolejną &#8222;aferę&#8221;, tylko żeby nazwać mechanizmy, które sprawiają, że takie historie w ogóle są możliwe i dlaczego potrafią trwać latami. Bo jeśli skupimy się tylko na jednym miejscu, to za chwilę będziemy mieli następne. <strong>A jeśli zrozumiemy system, możemy zacząć go rozbrajać: po stronie gmin, pieniędzy, kontroli i prewencji</strong>.</p>
<p><strong><em>Schronisko nie jest rozwiązaniem. Schronisko jest skutkiem.</em></strong><br />
Zacznijmy od podstaw: w prawie schronisko nie jest &#8222;czyjąś prywatną przestrzenią&#8221;, tylko elementem zadania publicznego. Gmina ma obowiązki: uchwala program opieki nad zwierzętami bezdomnymi i zapobiegania bezdomności, ma zapewniać miejsce, planować, organizować. To nie jest jakaś tam &#8222;sympatyczna&#8221; działalność dodatkowa. To jest obowiązek. I tu pojawia się pierwszy paradoks: Polska potrafi produkować dokumenty, które brzmią jak troska. A równocześnie realne działania gmin w prewencji często są pozorne, nieskuteczne albo wykonywane nierzetelnie.</p>
<p>Schronisko jest więc skutkiem dwóch rzeczy naraz:<br />
a) &#8222;Brak prewencji = kran odkręcony na full&#8221;<br />
Prewencja to wszystko, co sprawia, że mniej zwierząt w ogóle trafia do schroniska. Czyli nie leczenie skutków, tylko zmniejszanie dopływu. W praktyce (w Polsce) to przede wszystkim:<br />
• kastracja/sterylizacja (także zwierząt &#8222;właścicielskich&#8221;, nie tylko schroniskowych)<br />
• chipowanie + rejestracja (żeby zwierzę było &#8222;czyjeś&#8221;)<br />
• egzekwowanie zakazów porzucania i realne konsekwencje<br />
• kontrola rozmnażania/handlu (w tym pseudohodowli)<br />
• edukacja + działania gminne (programy, dopłaty do zabiegów, kampanie).<br />
Metafora &#8222;kranu&#8221; jest taka: jeśli te rzeczy nie działają, to strumień nowych zwierząt stale napływa. Schronisko robi się jak odpływ w wannie, a my dolewamy wody z kranu szybciej, niż ona spływa. NIK właśnie to pokazuje: rosną wydatki, a działania zapobiegawcze bywają marginalne lub pozorne.<br />
b) &#8222;Brak odpowiedzialności = zwierzę niczyje, a więc bezkarność&#8221;<br />
To druga odnoga problemu: nawet jeśli w teorii mamy przepisy o porzucaniu i znęcaniu się, to w praktyce często rozbijamy się o prozaiczne pytanie: czy da się ustalić właściciela?</p>
<p>Jeśli zwierzę nie jest oznakowane, to po porzuceniu staje się &#8222;anonimowe&#8221;. A &#8222;anonimowe&#8221; znaczy: trudno udowodnić, kto je porzucił, kto zaniedbał, kto powinien ponieść koszty. Wtedy koszty i ciężar spadają na gminę, organizacje i schronisko. W skrócie: bez identyfikacji nie da się przypisać odpowiedzialności. A bez odpowiedzialności wszystko rozmywa się w systemie. I historia zaczyna się od nowa.</p>
<p>Reasumując, w dużym uproszczeniu schronisko jest skutkiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, braku skutecznej profilaktyki, przez co co roku przybywa zwierząt, Po drugie &#8211; braku realnej odpowiedzialności właścicieli, bo bez chipowania i rejestracji wiele zwierząt jest anonimowych, a anonimowość oznacza bezkarność.</p>
<p><em><strong>Płacimy za trwanie problemu.</strong></em><br />
I teraz przechodzimy do czegoś, co jest niewygodne, bo brzmi cynicznie. Ale bez tego nie zrozumiemy, dlaczego te historie wracają. W Polsce my nie finansujemy głównie rozwiązania bezdomności zwierząt. <strong>My finansujemy jej obsługę</strong>. To nie jest jakaś tam opinia wzięta z Internetu. To widać w liczbach.</p>
<p>Najwyższa Izba Kontroli pokazała, że w kontrolowanych gminach wydatki na opiekę i zapobieganie bezdomności wzrosły w 2023 roku względem 2019 aż o 84,5% proc. Czyli pieniędzy jest coraz więcej… a schroniska nadal pękają w szwach. Dlaczego? Bo gros tych pieniędzy idzie na to, co dzieje się po fakcie: odłów, transport, utrzymanie. A prewencja &#8211; ta nudna, cicha, bez kamer, typu znakowanie, kastracje/sterylizacje, edukacja &#8211; jest traktowana jak &#8222;dodatek&#8221;. I NIK pokazała jeszcze jedną rzecz, która powinna nas otrzeźwić: w kontrolowanych gminach wydatki na znakowanie i zabiegi u zwierząt właścicielskich to było około 1 proc. całości w latach 2019–2023. Jeden procent. I wtedy mechanizm robi się tak prosty, że wręcz księgowy:<br />
&#8211; jeśli rozliczamy schronisko &#8222;za dobę pobytu&#8221; to system zaczyna &#8222;lubić&#8221; długie pobyty<br />
&#8211; jeśli rozliczamy &#8222;za odłów&#8221; to system uczy się łapać, a nie zapobiegać.</p>
<p>A jeśli prewencja jest tylko dodatkiem w budżecie to dodatki nigdy nie wygrają z pożarem. Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz, o której prawie się nie mówi: <strong>transparentność.</strong> W takim modelu wszystko łatwo zamknąć w dokumentach. A dokumenty potrafią być idealne nawet wtedy, kiedy w środku coś się sypie. I jeśli kontrola sprawdza przede wszystkim papier, a nie realny stan zwierząt, to my możemy mieć z jednej strony niemal idealny &#8222;porządek&#8221; w segregatorach, ale totalny chaos i dramat w boksach. Dlatego, kiedy słyszę &#8222;To pojedynczy przypadek&#8221;, to krew mnie zalewa. Bo jeśli podobne schematy wracają w różnych miejscach i przez lata, to to nie jest tylko problem jednego schroniska &#8211; <strong>to jest problem systemu, w którym bardziej opłaca się utrzymywać skutek, niż zapobiegać</strong>. I tu jest moment, w którym ta historia robi się naprawdę niebezpieczna. Bo jeśli pieniądze idą głównie na obsługę skutku, a nie na zapobieganie, to cały system zaczyna żyć własnym życiem. Ma umowy, ma faktury, ma stawki, ma rubryki. I z zewnątrz wygląda poprawnie. W tym modelu papier potrafi być idealny. I jeśli ktoś kontroluje przede wszystkim papier, to dużo łatwiej w tym modelu napisać &#8222;brak nieprawidłowości&#8221;. I dlatego przechodzimy do kolejnej rzeczy, czyli&#8230;</p>
<p><em><strong>Kontrole: dlaczego &#8222;brak nieprawidłowości&#8221; tak często znaczy &#8222;nie sprawdziliśmy tego naprawdę&#8221;</strong></em><br />
Jest jeszcze jeden mechanizm, który paradoskalnie potrafi uśpić czujność: kontrola. NIK w raporcie o zapobieganiu bezdomności zwierząt opisuje wprost, że nadzór gmin nad wykonawcami zadań często nie działał tak, jak powinien. A czemu? Bo bywał prowadzony &#8222;zza biurka&#8221;. Najwyższa Izba Kontroli wskazała, że gminy często ograniczały się do analizy dokumentacji, zamiast sprawdzać realizację zadań na miejscu w schronisku, a część działań kontrolnych była prowadzona nierzetelnie. A jeśli kontrola ogranicza się do dokumentów, to łatwo przeoczyć to, co dzieje się naprawdę. I tu dochodzimy do paradoksu: w dokumentach może być idealnie, a w boksach może być źle. Można mieć komplet faktur, a nie mieć realnej odpowiedzi na pytanie: czy zwierzęta mają opiekę, warunki, leczenie, czy ktoś je widzi codziennie, nie tylko w tabeli. Do tego dochodzi Inspekcja Weterynaryjna. Ona ma procedury, standardy, instrukcje. Są raporty, są wytyczne, jest rozporządzenie określające szczegółowe wymagania dla schronisk. Tyle że w praktyce jakość kontroli zawsze zależy od warunków: od liczby ludzi, czasu, priorytetów, determinacji i odporności na naciski.</p>
<p>W systemie, w którym wszystko jest &#8222;na styk”, najłatwiej wygrywa kontrola formalna: w papierach wszystko się zgadza. A co ze zwierzętami? Wiadomo, tego nie mają jak złożyć skargi. I tu dochodzimy do tego, czym schronisko potrafi być jako instytucja.</p>
<p><em><strong>Schronisko jako instytucja totalna: kiedy &#8222;opieka&#8221; staje się izolacją</strong></em><br />
Kiedy kontrola kończy się na dokumentach, a nie na obecności w terenie, schronisko łatwo staje się światem zamkniętym. Z własną rutyną, własnymi regułami i minimalną przejrzystością dla ludzi z zewnątrz. Socjologia ma na to pojęcie: &#8222;instytucja totalna&#8221;. Prof. Hanna Mamzer używa go właśnie w odniesieniu do schronisk. Dlaczego to jest ważne? Bo to tłumaczy pewien mechanizm: im mniej realnej kontroli z zewnątrz, tym bardziej wszystko dzieje się &#8222;po swojemu&#8221; w środku. W takim układzie rośnie ryzyko, że schronisko zacznie działać przemocowo, między innymi poprzez zaniedbanie, rutynę i obojętność, tyle że ubrane w procedury i z pieczątką.</p>
<p><em><strong>Prewencja i identyfikacja: reforma zaczyna się przed schroniskiem</strong></em><br />
Jeżeli naprawdę chcemy zmiany, musimy mówić o dwóch rzeczach jednocześnie i nie mieszać ich ze sobą.</p>
<p>Pierwsza to standardy schronisk: warunki bytowe, opieka weterynaryjna, jawność danych, sensowne kontrole. To jest obowiązek państwa i samorządu wobec zwierząt, które już zostały wciągnięte w ten system.</p>
<p>Druga to źródło bezdomności, czyli wszystko, co sprawia, że zwierząt bezdomnych wciąż przybywa. I jeżeli nie zajmiemy się tym poziomem, będziemy stale działać na końcu łańcucha zdarzeń: łapać, przewozić, utrzymywać, leczyć, ratować. A potem robić to samo od nowa.</p>
<p>Organizacje mówią o tym od lat: identyfikacja i prewencja to fundament. Znakowanie i rejestracja oraz kastracje i sterylizacje nie są &#8222;opcją&#8221;. To jest warunek odpowiedzialności. Jeśli zwierzę jest anonimowe, odpowiedzialność człowieka łatwo się rozmywa i ciężar spada na gminę, organizacje i schroniska.</p>
<p>I tu wracam do danych NIK: gminy wydają przede wszystkim na to, co dzieje się już po fakcie: na odławianie i utrzymanie w schronisku. Natomiast na profilaktykę, czyli znakowanie i zabiegi u zwierząt, które jeszcze mają właścicieli, idzie niewielki ułamek budżetu. To oznacza, że system leczy skutek, zamiast zmniejszać liczbę zwierząt, które w ogóle trafiają do schronisk. Schroniska będą mniej przepełnione dopiero wtedy, kiedy mniej zwierząt będzie do nich trafiać. A to wymaga dwóch rzeczy: <strong>identyfikacji oraz prewencji prowadzonej regularnie, nie od akcji do akcji.</strong></p>
<p>I bardzo ważna kwestia. Gminy nie działają w próżni &#8211; przypominam, że co roku mają obowiązek przyjąć program opieki nad zwierzętami bezdomnymi i zapobiegania bezdomności i ten termin jest stały, czyli do 31 marca. Jak pokazał raport NIK, w wielu gminach programy były uchwalane bez konkretnego sposobu realizacji zadań albo bez realnego planu finansowania. To jest ten moment, w którym &#8222;Pilnujcie gmin&#8221; przestaje być hasłem. To jest prosta czynność: sprawdzić, co gmina przyjęła, zapytać ile na to przeznacza, i czy to w ogóle ma szansę zmniejszać liczbę zwierząt trafiających do schronisk. I tu pojawia się pytanie praktyczne: skąd my właściwie mamy wiedzieć, czy gmina i schronisko robią to dobrze? Właśnie dlatego kolejnym kluczowym narzędziem jest jawność, czyli prawo do informacji publicznej.</p>
<p><strong>Jawność: kamera jest chwilowa, informacja publiczna jest trwała</strong><br />
Czy mamy prawo wiedzieć? Mamy. I to jest jeden z najbardziej niedocenionych wątków, bo to nie jest narzędzie tylko dla prawników i dziennikarzy. Każdy ma prawo. Skoro schronisko wykonuje zadanie publiczne zlecone przez gminę i działa za publiczne pieniądze, to w tym zakresie podlega ustawie o dostępie do informacji publicznej. To znaczy: umowy z gminą, rozliczenia, faktury opłacane ze środków publicznych, protokoły kontroli, statystyki, zasady realizacji zadania. To nie jest &#8222;wewnętrzna sprawa zarządu&#8221;, tylko informacja o wykonywaniu zadania publicznego.</p>
<p>Wystarczy wniosek o informację publiczną: mail, kilka zdań, konkretne pytania. O co pytać? Taki minimalny pakiet:</p>
<ul>
<li>o umowę gminy z wykonawcą schroniska + wszystkie aneksy (i załączniki określające zakres usług),</li>
<li>o stawki i sposób rozliczeń: odłów, transport, „doba pobytu”/ryczałt oraz wszelkie opłaty dodatkowe,</li>
<li>o protokoły kontroli (gminnych i Inspekcji Weterynaryjnej) + zalecenia pokontrolne i informacja, czy zostały wykonane,</li>
<li>o sprawozdania/raporty, które schronisko przekazuje gminie (miesięczne/kwartalne/roczne),</li>
<li>o statystyki za okres X: przyjęcia, adopcje, zwroty do właścicieli, zgony i eutanazje, stan na koniec miesiąca, średni czas pobytu (w formie, jaką podmiot posiada),</li>
<li>o zestawienie wydatków z pieniędzy publicznych na kluczowe kategorie (karma, weterynaria, utylizacje, remonty/utrzymanie) wraz ze wskazaniem usługodawców/wykonawców.</li>
</ul>
<p>I to jest najprostszy sposób, żeby sprawdzić, co naprawdę dzieje się za ogrodzeniem, bez domysłów i bez plotek. To jest sposób, żeby zamienić &#8222;Słyszałam/Słyszałem, że…&#8221; na &#8222;Wiem, bo widziałam/widziałem dokument&#8221;.</p>
<p><em><strong>Co należy zmienić, żeby to się nie powtarzało</strong></em><br />
Powiem to najprościej, jak się da: jeśli nie zmienimy kilku podstawowych rzeczy, zwierzęta będą cierpieć dalej, tylko w innych miejscach i pod innymi szyldami.</p>
<p>Pierwsza rzecz: jawność danych jako standard. W tej chwili zbyt wiele zależy od wniosków i uporu mieszkańców. A powinno być odwrotnie: minimum danych i wydatków powinno być publikowane regularnie, z urzędu, w BIP tak, żeby każdy mógł to sprawdzić.</p>
<p>Druga rzecz: model finansowania powinien być spójny z celem publicznym. W wielu gminach istotną częścią rozliczeń z podmiotem prowadzącym schronisko stanowi stawka za &#8222;dobę pobytu&#8221; zwierzęcia, czasem obok innych elementów, takich jak odłów czy transport. To ma prostą konsekwencję: gdy zwierzę zostaje w schronisku długo, koszty po stronie gminy rosną. Celem powinno być to, żeby zwierzę możliwie szybko wróciło do opiekuna albo znalazło bezpieczny dom i żeby do schronisk trafiało mniej zwierząt. Dlatego w umowach i programach gminnych warto mocniej akcentować działania, które realnie skracają pobyt i ograniczają napływ: sprawną identyfikację i zwroty do właścicieli, pracę adopcyjną, a po stronie gminy konsekwentną prewencję (kastracje/sterylizacje oraz znakowanie zwierząt właścicielskich).</p>
<p>Trzecia rzecz: kontrola w terenie, regularna i realna. Nie kontrola segregatora, tylko kontrola miejsca. Taka, która sprawdza warunki, obserwuje zwierzęta, weryfikuje procedury i wykonanie zaleceń, a nie tylko odhacza rubryki. Bez tego &#8222;brak nieprawidłowości&#8221; bywa tylko informacją o tym, że nikt nie zobaczył wystarczająco dużo.</p>
<p>Czwarta rzecz: identyfikacja i egzekwowalna odpowiedzialność człowieka. Bez powszechnego znakowania i rejestracji będziemy wciąż działać na końcu łańcucha zdarzeń. Zwierzę anonimowe łatwo staje się &#8222;niczyje&#8221;, a wtedy odpowiedzialność rozpuszcza się w systemie.</p>
<p>Piąta rzecz: bezpieczne zgłaszanie nieprawidłowości i poważne traktowanie wolontariatu. Wolontariat w schronisku nie jest &#8222;ozdobą&#8221; ani działaniem PR-owym. Wolontariuszki i wolontariusze bywają na miejscu regularnie i często jako pierwsi widzą, że coś zaczyna się sypać: że zwierzęta chudną, że leczenie się opóźnia, że rośnie przepełnienie, że brakuje podstawowej opieki. Dlatego osoby, które zgłaszają nieprawidłowości &#8211; pracownicy, wolontariusze, współpracujące lecznice &#8211; muszą mieć realną możliwość zgłoszenia problemu bez strachu przed odwetem. Bo kiedy ludzie milkną, instytucja może tygodniami albo miesiącami funkcjonować &#8222;po swojemu&#8221;, bez korekty z zewnątrz.</p>
<p>Na koniec chcę powiedzieć jedno: <strong>dobre schronisko to schronisko możliwie puste, to znaczy takie, do którego trafia jak najmniej zwierząt, bo działa prewencja, a te zwierzęta, które już trafią, jak najszybciej odzyskują dom: wracają do opiekunów albo trafiają do adopcji</strong>.</p>
<p>Schronisk jako instytucji nie da się wyeliminować całkowicie, bo gmina ma ustawowy obowiązek zapewniania opieki zwierzętom bezdomnym, a &#8222;bezdomność&#8221; (czy, jak wolę mówić, kryzys bezdomności) obejmuje również sytuacje nagłe, wymagające natychmiastowego zabezpieczenia: zwierzę zagubione, porzucone albo odebrane w ramach interwencji. Ale schronisko nie może być rozwiązaniem na stałe. To ma być miejsce przejściowe, a nie docelowe. Bo kiedy schronisko staje się normą, normą staje się też cierpienie: przepełnienie, opóźnione leczenie, znieczulenie rutyną.</p>
<p>Pytajmy o umowy, o kontrole, o dane. Składajmy wnioski o informację publiczną. Wymagajmy prewencji, znakowania, kastracji oraz sterylizacji &#8211; to jedyny sposób, żeby w schroniskach było mniej zwierząt, a nie tylko więcej historii.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://radioactivedog.pl/sfn/schroniska-pod-kontrola/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>O przemocy językowej wobec zwierząt.</title>
		<link>https://radioactivedog.pl/sfn/o-przemocy-jezykowej-wobec-zwierzat/</link>
					<comments>https://radioactivedog.pl/sfn/o-przemocy-jezykowej-wobec-zwierzat/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paulina Szczupaczyńska]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 23 Dec 2025 19:16:40 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[SFN]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://radioactivedog.pl/?p=2059</guid>

					<description><![CDATA[To nie będzie miły wpis. To będzie wpis o przemocy, której często nawet nie rozpoznajemy, bo lubi się kryć pod tradycją, przyzwyczajeniem i językowym automatem. To wpis, który nie krzyczy obrazami. Nie pokażę Wam scen przemocy. Za to opowiem Wam]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>To nie będzie miły wpis. To będzie wpis o przemocy, której często nawet nie rozpoznajemy, bo lubi się kryć pod tradycją, przyzwyczajeniem i językowym automatem.</p>
<p><span id="more-2059"></span></p>
<p>To wpis, który nie krzyczy obrazami. Nie pokażę Wam scen przemocy. Za to opowiem Wam o takiej jej formie, która jest ukryta, a przez to… jest trudniejsza do uchwycenia. Dziś porozmawiamy o <strong>przemocy językowej wobec zwierząt</strong>. Jak już się na pewno domyślacie, to nie będzie wpis o tym, jak &#8222;ładnie mówić&#8221;. To będzie wpis o etyce, prawie i o tym, jak język robi coś bardzo konkretnego: ustawia granice naszego współczucia. I żeby była jasność: nie chodzi mi o językową policję. Nie chodzi o wstyd, ocenianie, piętnowanie. Chodzi o świadomość. O to, żebyśmy wspólnie zobaczyli mechanizm w tej przemocy językowej, który działa nawet wtedy, gdy brzmi &#8222;neutralnie&#8221;.</p>
<p>Przemoc ma różne formy: psychiczną, ekonomiczną, systemową i symboliczną. Często to właśnie te formy zaczynają się wcześniej niż przemoc fizyczna. Dla mnie ten kontekst jest ważny, bo te mechanizmy &#8222;wcześniej” świetnie widać też w relacji ludzi ze zwierzętami. To nie jest osobny świat. To jest ta sama logika: kto ma głos, a kto go nie ma; komu przypisujemy godność, a kogo łatwo zredukować do „czegoś”. Przemoc wobec ludzi i przemoc wobec zwierząt często karmią się tymi samymi mechanizmami. Tą samą logiką dominacji. Tą samą łatwością uprzedmiotowienia. I mam taką tezę: przemoc wobec zwierząt ma swój przedpokój w języku. Zanim pojawi się kopnięcie, zignorowanie, uśmiercenie albo systemowe zamknięcie w klatce czy kojcu, zwykle pojawia się słowo, które odbiera zwierzęciu podmiotowość.</p>
<p><em><strong>Gramatyka pogardy</strong></em><br />
Język przygotowuje grunt pod przemoc albo ją normalizuje. Bo język to nie tylko opis świata &#8211; to także narzędzie organizowania świata. To, jak mówimy, wpływa na to, co uznajemy za normalne, dopuszczalne, &#8222;naturalne&#8221;. Zwierzęta w przestrzeni publicznej często pojawiają się jako narzędzie. Metafora. Rekwizyt. Tło dla historii o człowieku. Ktoś jest &#8222;świnią&#8221;, bo jest niekulturalny. Ktoś jest &#8222;szczurem:, bo jest nielojalny. Ktoś jest &#8222;baranem&#8221;, bo jest głupi. Ktoś &#8222;zachowuje się jak bydło&#8221;, bo jest niegrzeczny. Zwierzęta nie są tu widziane jako &#8222;ktoś&#8221;. Są używane jako forma pogardy. I tu pojawia się pytanie: czy da się budować kulturę &#8222;nieprzemocy&#8221;, jeśli jednocześnie normalizujemy język, który na co dzień ćwiczy w nas pogardę wobec innych istot? Bo jeśli przemoc jest relacją władzy i instrumentalizacji, to język, który bezrefleksyjnie ustanawia zwierzę jako &#8222;gorsze&#8221;, wzmacnia w nas nawyk dominacji. Także w innych relacjach.</p>
<p>Kiedy patrzymy na systemowe luki, zaczynamy widzieć, jak ogromną rolę odgrywa język. Język jest często mechanizmem, który te luki &#8222;uszczelnia&#8221; w naszej głowie. Pozwala mówić o cierpieniu tak, jakby było procedurą. O krzywdzie tak, jakby była &#8222;regulacją&#8221;. O śmierci tak, jakby była &#8222;pozyskaniem&#8221;. O zwierzęciu tak, jakby było &#8222;materiałem&#8221;, &#8222;problemem&#8221;.</p>
<p>Skoro wiemy, gdzie prawo nie chroni zwierząt, przyjrzyjmy się temu, co dzieje się jeszcze wcześniej. Temu, co ustawia nam moralną ostrość, zanim w  ogóle zaczniemy myśleć o ochronie. Czyli: <strong>język</strong>. A co za nimi idzie, przemoc językowa wobec zwierząt.</p>
<p><em><strong>Odpodmiotowienie w czterech aktach</strong></em><br />
Co to właściwie jest ta przemoc językowa wobec zwierząt? Najprościej: to taki sposób mówienia, który odbiera zwierzętom status istot, a przypisuje im status rzeczy, problemu albo nośnika wstydu. Przemoc językowa wobec zwierząt ma kilka charakterystycznych „trybów działania”:</p>
<ul>
<li>Po pierwsze: odpodmiotowienie.<br />
Zwierzę staje się &#8222;sztuką&#8221;, &#8222;materiałem&#8221;, &#8222;jednostką&#8221;, &#8222;pogłowiem&#8221;, &#8222;wkładem&#8221;, &#8222;produktem&#8221;.</li>
<li>Po drugie: moralna dezynfekcja.<br />
Zamiast &#8222;zabijania&#8221; jest &#8222;ubój&#8221;. Zamiast &#8222;cierpienia&#8221; jest &#8222;pozyskanie&#8221;. Zamiast &#8222;krzywdy&#8221; jest &#8222;regulacja&#8221;. Brzmi technicznie, proceduralnie, „neutralnie”. Czyli bezpiecznie dla naszego sumienia.</li>
<li>Po trzecie: narracje konfliktu. Zwierzę w mieście to &#8222;plaga&#8221;, &#8222;problem&#8221;, &#8222;zagrożenie sanitarne&#8221;, &#8222;pasożyt&#8221;, &#8222;szkodnik&#8221;. Czyli: coś, co ma zniknąć.</li>
<li>Po czwarte: animalistyczne obelgi. Gdy obrażamy ludzi zwierzętami, robimy to skutecznie tylko dlatego, że w tle istnieje założenie: zwierzę jest gorsze.</li>
</ul>
<p>I każdy z tych trybów robi to samo: obniża próg empatii.</p>
<p><em><strong>Skandal, który powiedział o nas więcej, niż chciał<br />
</strong></em>Chcę tu przywołać pewną sytuację z Warszawy, bo ona jest jak soczewka tego, o czym napisałam powyżej. W kampanii edukacyjnej pewnej firmy organizującej komunikację miejską pojawiła się kreacja z postacią z głową świni i hasłem &#8222;Nie bądź świnią&#8221; w kontekście jedzenia i picia w komunikacji publicznej.</p>
<p>Intencja mogła być prosta: &#8222;Nie brudź będąc w autobusie”. Problem w tym, że narzędzie było skandalicznie chybione. Bo oparło się na społecznym automacie: świnia = brud i obżarstwo. Automacie tak silnym, że wszedł do komunikacji instytucji publicznej. Nie prywatnego mema, nie słabego żartu w gronie znajomych. Tylko do przekazu instytucjonalnego. Ta kreacja (po ogromnej krytyce) została wycofana. I choć można debatować, dlaczego tak się stało, dla mnie jest to ważne z dwóch powodów.</p>
<ul>
<li>Po pierwsze: pokazuje, że przemoc symboliczna wobec zwierząt nie jest &#8222;fanaberią wrażliwców”. To temat społecznie ważny. Widać, że wrażliwość rośnie i że instytucje nie mogą już udawać, że nic się nie stało.</li>
<li>Po drugie: pokazuje, że stereotypy są podatne na zmianę o ile nazwiemy problem i pokażemy jego konsekwencje.</li>
</ul>
<p>Nacisk na wycofanie kreacji z postacią z głową świni i hasłem &#8222;Nie bądź świnią&#8221; to nie był spór o estetykę. To był spór o normę kulturową, a dokładniej czy w przestrzeni wspólnej akceptujemy publiczne wzmacnianie pogardy wobec zwierząt jako narzędzia dyscyplinowania ludzi.</p>
<p><em><strong>&#8222;Nie bądź świnią&#8221;: zwierzę jako &#8222;narzędzie&#8221; wstydu</strong></em><br />
Zatrzymajmy się przy tym mechanizmie, bo on jest w wielu miejscach i działa szybciej niż myślenie. Wystarczy jedno zdanie: &#8222;Nie bądź świnią&#8221;. I nagle zwierzę staje się narzędziem dyscypliny. Skrótem do zawstydzania. I to nie jest tylko o świni. To jest cały słownik codziennych kar:</p>
<ul>
<li>&#8222;małpa&#8221;, kiedy dziecko się wierci.</li>
<li>&#8222;osioł&#8221;, kiedy czegoś nie rozumie.</li>
<li>&#8222;baran&#8221;, kiedy ktoś zrobił błąd.</li>
<li>&#8222;szczur&#8221;, kiedy ktoś jest nielojalny.</li>
<li>&#8222;bydło&#8221;, kiedy ktoś jest głośny albo agresywny.</li>
</ul>
<p>W tym systemie zwierzęta stają się czymś w rodzaju dolnego piętra moralności &#8211; magazynem negatywnych cech, po które sięgamy, gdy chcemy kogoś zawstydzić albo upokorzyć. Zauważcie, że mamy tu w ogóle przemoc podwójną. Z jednej strony krzywdzi człowieka, bo bazuje na agresji i upokorzeniu. Z drugiej strony krzywdzi zwierzę, bo utrwala przekonanie, że zwierzę jest z definicji gorsze &#8211; nadaje się do tego, by być obelgą, narzędziem dyscypliny i wstydu. I to jest ten moment, w którym &#8222;To tylko słowo&#8221; przestaje być niewinne. Bo słowo nie tylko obraża. Słowo uczy. Uczy pogardy.</p>
<p><em><strong>&#8222;Zdechł&#8221; czy &#8222;umarł&#8221;: spór, który nie jest o gramatyce</strong></em><br />
Przejdźmy do drugiego głośnego przykładu &#8211; wypowiedzi bardzo znanego i cenionego językoznawcy, który przekonywał, że o zwierzętach mówi się &#8222;zdechł&#8221;, a nie &#8222;umarł&#8221;, bo &#8222;co ludzkie, to ludzkie&#8221;. Ta dyskusja bywa sprowadzana do: &#8222;Ach, ci wrażliwcy, czepiają się słówek&#8221;. A ja uważam, że ona dotyka sedna: <strong>kogo uznajemy za godnego języka żałoby</strong>.</p>
<p>Bo &#8222;umarł&#8221; w polszczyźnie nie jest tylko biologiczne. Ono niesie powagę. &#8222;Zdechł&#8221; bardzo często niesie coś innego: dystans, chłód, czasem pogardę. I jasne: językoznawczo można opowiadać o rejestrach, tradycji, normie sprzed dekad. Tylko że język to nie muzeum. Język jest żywy. A wraz z nim zmienia się etyka. Jeśli dziś wiele ludzi uznaje zwierzęta za członków swojej rodziny to naturalne jest, że rośnie potrzeba języka, który to uniesie. Nie dlatego, że &#8222;uczłowieczamy zwierzęta&#8221;. Tylko dlatego, że przestajemy je odczłowieczać w sensie moralnym, czyli przestajemy spychać je poza obszar powagi.</p>
<p>Zamiast robić z tego test &#8222;kto jest lepszy&#8221;, zróbmy z tego pytanie o intencję i kontekst. Jeśli zwierzę było dla kogoś kimś ważnym, naturalnie przychodzą słowa z porządku żałoby: że &#8222;umarł&#8221;, &#8222;zmarł&#8221;, &#8222;odeszła&#8221;. Jeśli potrzebujemy tonu technicznego, bez pogardy, możemy powiedzieć, że &#8222;nie przeżył&#8221;, że &#8222;doszło do zgonu&#8221;. A jeśli „zdechł” pojawia się po to, żeby umniejszyć, żeby &#8222;ustawić&#8221; rozmowę i przypomnieć, że zwierzę nie ma prawa zasługiwać na szacunek to to przestaje być język. <strong>Tu zaczyna się przemoc</strong>. Bo sedno nie brzmi &#8222;Jakie słowo jest słownikowo dopuszczalne&#8221;. Sedno brzmi: <strong>jakie słowo buduje normę moralną</strong>.</p>
<p><em><strong>Zwierzęta miejskie: gołębie, szczury i język &#8222;pomiędzy&#8221;</strong></em><br />
Wątek, który jest niby oczywisty, a jednak wciąż traktowany po macoszemu: zwierzęta w mieście: gołębie, koty wolno żyjące, szczury. To są te istoty, które żyją obok nas, ale nie pasują do żadnej wygodnej szufladki. Nie są &#8222;czyimś pupilem&#8221;, więc łatwo powiedzieć: &#8222;To nie moja sprawa&#8221;. A jednocześnie nie są też postrzegane jak &#8222;dzika przyroda&#8221;, którą trzeba chronić. Zostają więc gdzieś pomiędzy &#8211; w próżni empatii i odpowiedzialności. I wtedy język &#8222;robi&#8221; swoją robotę: zamiast mówić o współistnieniu, zaczynamy mówić o &#8222;pladze&#8221;, &#8222;inwazji&#8221;, &#8222;paskudztwie&#8221;, &#8222;pasożytach&#8221;, &#8222;szkodnikach&#8221;, &#8222;problemie sanitarnym&#8221;.</p>
<p>Zwróćcie uwagę, co robi taki język. On zamyka dyskusję zanim się zacznie, bo sugeruje, że jedynym rozwiązaniem jest usunięcie. A często w praktyce eliminacja. Tylko że miasto jest ekosystemem. A skoro mówimy dziś o politykach miejskich, o zielonej infrastrukturze, o adaptacji do zmian klimatu, to musimy umieć powiedzieć także o międzygatunkowym współistnieniu. To nie jest idealizacja. Ja nie mówię: &#8222;Udawajmy, że nie ma konfliktów&#8221;. Konflikty są. I będą. Ale czym innym jest powiedzieć: &#8222;Szczury mogą przenosić choroby w określonych warunkach, więc potrzebujemy mądrej gospodarki odpadami i profilaktyki&#8221;, a czym innym: &#8222;Szczury to pasożyty, trzeba je tępić&#8221;. Pierwsze jest językiem zarządzania problemem. Drugie jest językiem pogardy.</p>
<p><em><strong>Eufemizmy: miękka mowa twardych praktyk</strong></em><br />
Kolejny mechanizm to eufemizmy instytucjonalne. Eufemizmy instytucjonalne działają jak rękawiczki jednorazowe w szpitalu: mają nie dopuścić do bezpośredniego kontaktu z tym, co brudne moralnie. &#8222;Ubój&#8221;, &#8222;eliminacja osobników&#8221;, &#8222;regulacja populacji&#8221;, &#8222;pozyskanie&#8221; to słowa, które odklejają czyn od emocji. Brzmią technicznie, neutralnie, proceduralnie. A przecież opisują realne cierpienie, realny strach, realną śmierć.</p>
<p>W przemyśle hodowlanym ten mechanizm jest szczególnie widoczny. Język konsumencki systemowo oddziela mięso od zwierzęcia. Nie mówimy &#8222;krowa&#8221;, mówimy &#8222;wołowina&#8221;. Nie mówimy &#8222;świnia&#8221;, mówimy „wieprzowina”. Nie mówimy &#8222;kura&#8221;, mówimy &#8222;drób&#8221;. To nie jest tylko tradycja językowa. To rozwiązanie kulturowe, które obniża dysonans moralny. Eufemizm nie jest więc niewinną figurą stylistyczną. Jest narzędziem podtrzymywania systemu. To nie jest &#8222;tylko tradycja&#8221;. To jest kulturowy mechanizm obniżania dysonansu: <strong>oddzielania produktu od istoty żywej</strong>.</p>
<p><em><strong>Prawo mówi &#8222;zwierzę nie jest rzeczą&#8221;, a język często dopowiada &#8222;ale…&#8221;</strong></em><br />
Tu wchodzi bardzo ważny wątek prawny. W polskiej ustawie o ochronie zwierząt jest zdanie, które ma ciężar symboliczny: &#8222;Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą&#8221;. To jest deklaracja etyczna wpisana w prawo. Tylko że zaraz obok żyje praktyka społeczna, administracyjna i ekonomiczna, gdzie w języku urzędowym i branżowym zwierzę bywa &#8222;sztuką&#8221;. &#8222;Pogłowiem&#8221;. &#8222;Jednostką&#8221;. &#8222;Materiałem&#8221;. I wtedy powstaje rozjazd aksjologiczny. Prawo mówi bowiem „Zwierzę nie jest rzeczą”, nie określając w tym miejscu kim jest. A język codzienny i instytucjonalny często dopowiada: &#8222;ale w praktyce jest czymś&#8221;. I właśnie w tym rozjeździe rodzi się przemoc symboliczna.</p>
<p><em><strong>Język zarządzania życiem i śmiercią</strong></em><br />
To, co mówimy, zmienia nie tylko nasze emocje. Zmienia decyzje. Bo jeśli zwierzę jest &#8222;problemem&#8221;, to rozwiązaniem jest &#8222;usunięcie&#8221;. Jeśli zwierzę jest &#8222;zagrożeniem&#8221;, to rozwiązaniem jest &#8222;neutralizacja&#8221;. Jeśli zwierzę jest &#8222;szkodnikiem&#8221;, to rozwiązaniem jest &#8222;tępienie&#8221;. Słowa są jak gotowe scenariusze działań. I dlatego w dyskusjach &#8211; czy o zwierzętach żyjących w miastach, o dzikich zwierzętach na obrzeżach miast, czy o konfliktach w rolnictwie &#8211; język ma znaczenie polityczne. On ustawia, co jest &#8222;racjonalne&#8221;, a co jest &#8222;sentymentalne&#8221;.</p>
<p><em><strong>Zwierzę jako &#8222;narzędzie&#8221; kontroli</strong></em><br />
W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o jednym z najważniejszych, a wciąż zbyt rzadko przytaczanych wątków: czyli o związku przemocy wobec zwierząt z przemocą interpersonalną. W wielu badaniach i praktyce pomocowej podkreśla się, że krzywdzenie zwierząt bywa elementem przemocy domowej: narzędziem kontroli, zastraszania, karania. Zwierzę staje się zakładnikiem relacji. I teraz: język znów decyduje, czy to zobaczymy. Bo czy zwierzę w takiej sytuacji jest opisywane jako istota pokrzywdzona? Czy bardziej jako &#8222;kłopotliwy element sytuacji rodzinnej&#8221;? albo jako &#8222;przedmiot sporu&#8221;? To nie są niuanse, to jest różnica między widzeniem przemocy a zamiataniem jej pod dywan. Bo wrażliwość międzygatunkowa nie jest &#8222;dodatkiem&#8221; &#8211; ona jest <strong>częścią profilaktyki przemocy</strong>.</p>
<p><em><strong>Jak uczymy dzieci języka przemocy</strong></em><br />
Tu dochodzimy do wątku edukacyjnego, który bardzo często jest pomijany. Dzieci uczą się podwójnych standardów wcześnie: jedne zwierzęta mają imiona, historie i prawo do żałoby, inne są przedstawiane jako &#8222;zasoby&#8221;, &#8222;produkty&#8221;, &#8222;surowiec&#8221;. To jest socjalizacja językowa. Dlatego uważam, że edukacja o zwierzętach nie może kończyć się na biologii. Powinna obejmować też refleksję etyczną i językową: dlaczego mówimy o jednych &#8222;on&#8221;, &#8222;ona&#8221;, a o innych &#8222;to&#8221;, dlaczego o jednych mówimy &#8222;umarł&#8221;, a o innych &#8222;zdechł&#8221;, dlaczego jedne są &#8222;czyste&#8221;, a inne &#8222;obrzydliwe&#8221;, i kto nam to w głowie poukładał. To jest praca kulturowa. Długofalowa.</p>
<p><em><strong>Higiena językowa bez moralizatorstwa</strong></em><br />
Co możemy zrobić realnie, bez wojny o słowa? Ja lubię to nazywać higieną językową. Nie w znaczeniu: &#8222;Czyść język, bo inaczej jesteś złym człowiekiem&#8221;. Tylko w znaczeniu: &#8222;Zobacz, co robią słowa i wybierz mądrzej&#8221;. Bo język jest jednym z tych narzędzi, które mamy pod ręką &#8211; bez ustaw, bez komisji, bez budżetów. I właśnie dlatego może być pierwszym krokiem. Tę higienę językową widzę na trzech poziomach.</p>
<ul>
<li>Poziom 1: ja, w codzienności<br />
Zaczyna się najciszej, w zdaniach, które wypowiadamy automatycznie. W żartach, porównaniach, komentarzach rzucanych &#8222;tak po prostu&#8221;. I tu warto zrobić sobie mały stop-klatkę. Zanim powiem &#8222;świnia&#8221;, &#8222;baran&#8221; albo &#8222;małpa&#8221;, mogę zapytać samą siebie: czy ja naprawdę potrzebuję porównania do zwierzęcia, żeby skomentować czyjeś zachowanie? Czy mój żart działa kosztem utrwalania gatunkowej pogardy? I czy moje słowa nie uczą przypadkiem moich bliskich lekcji moralnej obojętności wobec innych istot? To są pytania proste i trudne jednocześnie, bo dotykają naszych automatyzmów. Ale właśnie dlatego są skuteczne: nie wymagają rewolucji, tylko uważności. Czasem wystarczy zamienić obelgę na opis zachowania. Zamiast &#8222;świnia&#8221; powiedzieć &#8222;to było nie fair&#8221;. Zamiast &#8222;bydło&#8221; &#8211; &#8222;to było agresywne&#8221;. Ta drobna zmiana robi coś ważnego: odbiera przemocy jej najłatwiejszy skrót.</li>
<li>Poziom 2: instytucje i komunikacja publiczna<br />
Drugi poziom to instytucje, bo one nie mówią tylko &#8222;do nas&#8221;, one mówią &#8222;za normę&#8221;. I tutaj naprawdę wystarczą krótkie standardy komunikacyjne: unikanie animalistycznych obelg w kampaniach edukacyjnych, konsultowanie wrażliwych przekazów z organizacjami pozarządowymi, sprawdzanie materiałów pod kątem zgodności z aksjologią ochrony zwierząt. To brzmi jak oczywistość, a jednak historia kampanii, o której wspominałam na początku, pokazuje, że ta oczywistość wciąż wymaga dopilnowania. I to nie jest &#8222;nadwrażliwość&#8221;. To jest nowoczesny standard etyczny: jeśli instytucja ma uczyć kultury, nie może robić tego kosztem utrwalania pogardy wobec innych.</li>
<li>Poziom 3: media<br />
Trzeci poziom to media. Bo to one budują zbiorową wyobraźnię i mają ogromny wpływ na to, czy zwierzę jest widziane jako część wspólnego świata, czy jako problem do usunięcia. Tu przydałyby się proste zasady podobne do tych, które znamy z rozmów o mowie nienawiści: nie robić ze zwierząt skrótu &#8222;ludzkiego zła&#8221;, nie pompować emocji clickbaitami o &#8222;pladze&#8221;, &#8222;inwazji&#8221; i &#8222;tępieniu&#8221;, tylko pokazywać, jak naprawdę wygląda współistnienie międzygatunkowe. Bo konflikt w mieście czy w naturze da się opisać bez pogardy &#8211; precyzyjnie, uczciwie i odpowiedzialnie.</li>
</ul>
<p><em><strong>Od słowa do normy moralnej</strong></em><br />
Na koniec wrócę do jednej myśli, od której zaczęłam: przemoc wobec zwierząt ma swój przedpokój w języku. Prawo jest ważne. Reforma systemów jest ważna. Edukacja jest ważna. Ale język ma jedną przewagę: jest natychmiastowy. Możemy go zmienić dziś. Zanim zmienią się przepisy. Zanim zmienią się modele biznesowe. Zanim zmieni się infrastruktura miast. Nie dlatego, że słowo zastąpi działanie. Tylko dlatego, że bez zmiany słów trudno utrzymać zmianę działań.</p>
<p>Jaką kulturę &#8222;nieprzemocy&#8221; budujemy, jeśli w jej codziennym słowniku przemoc wobec zwierząt jest wciąż najszybciej dostępną metaforą pogardy? Jeśli uznamy, że przemoc zaczyna się w języku, konsekwencja jest prosta: czasem najbardziej elementarną formą aktywizmu jest nie tylko ratowanie zwierząt, ale także odzyskiwanie dla nich słów. Nie po to, żeby mówić &#8222;ładniej&#8221;. Tylko po to, żeby widzieć wyraźniej.</p>
<p>Jeśli po tym wpisie choć raz zatrzymacie się przed automatycznym &#8222;świnia&#8221;, &#8222;szczur&#8221;, &#8222;zdechł&#8221; i wybierzecie inaczej, to już jest realna zmiana. I jeśli zaczniemy robić to równolegle, w domach, szkołach, redakcjach i instytucjach, to ta zmiana przestaje być jednostkowa. Bo jak wiecie, zmiany nie dzieją się same. Zmiany robi się razem.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://radioactivedog.pl/sfn/o-przemocy-jezykowej-wobec-zwierzat/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Zwierzę w cieniu przemocy domowej.</title>
		<link>https://radioactivedog.pl/sfn/zwierze-w-cieniu-przemocy-domowej/</link>
					<comments>https://radioactivedog.pl/sfn/zwierze-w-cieniu-przemocy-domowej/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paulina Szczupaczyńska]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2025 17:04:36 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[SFN]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://radioactivedog.pl/?p=2046</guid>

					<description><![CDATA[Gdy wchodzimy w przestrzeń przemocy domowej, nasza uwaga skupia się na człowieku. Rzadko myślimy o kimś jeszcze. O kimś, kogo system formalnie… nie widzi. Mam tu na myśli zwierzę. W Polsce proces przeciwdziałania przemocy uruchamia procedura Niebieskich Kart. W tej]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Gdy wchodzimy w przestrzeń przemocy domowej, nasza uwaga skupia się na człowieku. Rzadko myślimy o kimś jeszcze. O kimś, kogo system formalnie… nie widzi. Mam tu na myśli zwierzę.</p>
<p><span id="more-2046"></span>W Polsce proces przeciwdziałania przemocy uruchamia procedura Niebieskich Kart. W tej procedurze jest przestrzeń na osobę pokrzywdzoną przemocą, na sprawcę przemocy, na formy przemocy. Jest dużo pytań. Ale nie ma tam pytania o zwierzę. To nie jest literówka. To strukturalna ślepota.</p>
<p>Kim jestem, że o tym mówię? Jestem kryminolożką, kryminalistyczką oraz specjalistką ds. PR. Od lat zajmuję się komunikacją społeczną oraz edukacją w sektorze organizacji pozarządowych. Pracowałam przy projekcie Czarna Księga Ofiar Przemocy Domowej Niebieskiej Linii, który dokumentował przypadki śmierci osób, które straciły życie w wyniku przemocy domowej. Jak wiecie, jestem również założycielką Fundacji Radioactivedog, która działa na rzecz praw zwierząt, i między innymi poprzez podcast <a href="https://www.youtube.com/@FundacjaRadioactivedog/podcasts">radioAKTYWNE</a> zwracam uwagę na etyczny wymiar ich cierpienia i śmierci. I jako, że w swojej pracy łączę refleksję nad przemocą, śmiercią i odpowiedzialnością – zarówno w świecie ludzi, jak i zwierząt, dziś chcę Was zaprosić do przyjrzenia się najmniej rozpoznanemu wymiarowi przemocy domowej: <strong>zwierzęciu jako istocie pokrzywdzonej w sytuacji przemocy domowej</strong>.</p>
<p>Zwierzęta w kontekście przemocy domowej funkcjonują w cieniu. Są niemymi świadkami przemocy, są pokrzywdzonymi, i są też instrumentami dominacji, a tym samym najdoskonalszymi zakładnikami w rękach sprawców przemocy. Zwierzę, które żyje w domu z przemocą, zwykle pełni jedną z trzech ról, a czasem wszystkie naraz.</p>
<ul>
<li>Po pierwsze, <strong>może być bezpośrednią istotą pokrzywdzoną przemocą</strong>. I jest to chyba najbardziej rozpoznawalna rola. Mówimy tu o biciu, kopaniu, głodzeniu, zamykaniu w łazience, zastraszaniu, odbieraniu opieki weterynaryjnej, celowym straszeniu dźwiękiem lub izolacją.</li>
<li>Po drugie, <strong>może być &#8222;narzędziem&#8221; kontroli nad osobą pokrzywdzoną przemocą domową</strong>. To najbardziej niewidzialny wymiar przemocy. &#8222;Jeśli odejdziesz, pies nie przeżyje&#8221;, &#8222;Jeśli powiesz komukolwiek kot wyleci przez okno&#8221;. To nie są metafory. To są realne wypowiedzi sprawców przemocy domowej.</li>
<li>Po trzecie, <strong>może być niemym świadkiem</strong>. Zwierzę słyszy krzyki, widzi agresję, reaguje na napięcie, chaos, nieprzewidywalność. Nie musi być bite, żeby być świadkiem przemocy. Ale świadkowanie również zostawia ślad.</li>
</ul>
<p>Ta trójdzielna perspektywa pozwala zobaczyć, że <strong>przemoc domowa jest zjawiskiem systemowym</strong>. Dotyka całej sieci relacji, również tych międzygatunkowych.</p>
<p><strong><em>Przemoc nie rozróżnia gatunków</em></strong><br />
Badania z różnych krajów wskazują na współwystępowanie przemocy wobec partnerki/partnera i krzywdzenia zwierząt domowych. To współwystępowanie nie jest przypadkowe: okrucieństwo wobec zwierząt bywa narzędziem kontroli &#8211; sprawca &#8222;karze&#8221; psa, straszy &#8222;utopieniem kota&#8221;, żeby zranić emocjonalnie i wymusić uległość. Z badań wynika, że tam, gdzie występuje przemoc wobec zwierząt, jest również przemoc wobec ludzi (krzywdzenie dzieci, przemoc wobec osób starszych). Innymi słowy: to marker ryzyka, który powinien widnieć w każdym arkuszu oceny bezpieczeństwa.</p>
<p>W literaturze dotyczącej przemocy domowej pojawia się takie pojęcie <strong>coercive control</strong> &#8211; polskie, dość pokraczne tłumaczenie tego pojęcia to kontrola przemocowa. Lepiej oddającym ten termin tłumaczeniem jest przemoc kontrolująca. Tu akcent jest położony na taką przemoc, która ma charakter systemu kontroli, nie pojedynczego aktu. Bo coercive control to cała siatka wzorców i zachowań przemocowych, a nie jednorazowy akt przemocy. I stosowanie tej siatki ma na celu przejęcie władzy nad życiem osoby pokrzywdzonej.</p>
<p>A zwierzęta bardzo często są jej częścią.</p>
<p>Zwierzę w relacji przemocowej <strong>bywa zakładnikiem</strong>. Groźby &#8222;co zrobię twojemu kotu&#8221; potrafią skuteczniej zatrzymać osobę pokrzywdzoną niż tysiąc wymówek. Badania ze Stanów, Kanady i Australii opisują to jako element przemocy kontrolującej: sprawca bije, straszy, &#8222;karze&#8221; zwierzę, by zranić emocjonalnie partnerkę, zmusić do uległości albo powrotu.</p>
<p>W wielu krajach jest to mocno brane pod uwagę przy analizie przemocy domowej. W Polsce? Niekoniecznie. A czemu tak? Polskie prawo nie uznaje zwierzęcia za podmiot przemocy domowej. Nawet jeśli jest narzędziem kontroli nad człowiekiem. To spory problem systemowy: sprawca ma narzędzie w ręku, a system nie widzi narzędzia. Czyli system nie widzi całego przestępstwa.</p>
<p><em><strong>Dlaczego system tego nie widzi? O &#8222;Niebieskich Kartach&#8221;</strong></em><br />
Dlaczego system przeciwdziałania przemocy domowej w Polsce tego nie widzi? Być może znacie szerzej procedurę &#8222;Niebieskich Kart&#8221;, o których wspominałam na początku. Jest to procedura mająca zapewnić bezpieczeństwo osobie doświadczającej przemocy domowej. W ramach tej procedury podejmowane są czynności przez przedstawicieli takich instytucji, które są zobowiązane do reagowania: przedstawiciele OPS, policji, oświaty i ochrony zdrowia. Wszczęcie tej procedury następuje przez wypełnienie formularza &#8222;Niebieska Karta&#8221;. Formularz ten składa się z 4 części &#8211; A, B, C i D. W formularzu &#8222;Niebieska Karta &#8211; A&#8221; zawarte są m.in. dane osoby pokrzywdzonej i określenie form przemocy. Nie ma w nim jednak sformułowania o stosowaniu przemocy wobec zwierzęcia domowego. Brakuje w ogóle tam przestrzeni do tego, by odnotować obecność na miejscu zdarzenia zwierzęcia domowego oraz informacje na temat jego stanu.</p>
<p>I tu właśnie zaczyna się problem: jeśli system nie widzi zwierzęcia, to nie widzi również sposobu, w jaki sprawca używa go jako narzędzia kontroli. W procedurze &#8222;Niebieskich Kart&#8221; nie ma miejsca na zwierzę. Nie ma rubryki. Nie ma pytania. Nie ma ścieżki dokumentowania.<br />
Jeżeli system nie pyta o zwierzę, nie zobaczy mechanizmu kontroli. Z kolei sprawca doskonale wie, że tam, gdzie państwo jest ślepe, tam on może działać bezkarnie. Zwierzę niewidoczne dla procedury staje się idealnym narzędziem kontroli.</p>
<p><em><strong>Zwierzę jako &#8222;czynnik&#8221; pozostawania w przemocy</strong></em><br />
Jest też drugi, bardzo ważny aspekt tego, jak zwierzę staje się &#8222;narzędziem&#8221; kontroli. &#8222;Ja muszę tu zostać, bo nie mam co zrobić z psem&#8221;. To zdanie często słyszą osoby podejmujące interwencję w domu, w którym jest przemoc. Badania i raporty wskazują, że troska o los zwierzęcia opóźnia wyjście z domu i zaniża gotowość do proszenia o pomoc &#8211; w wielu próbach „niemal połowa” osób deklaruje, że zwlekała z powodu zwierzęcia. Gdy organizuje się tymczasowe schronienie dla zwierząt, ta bariera spada i osobom pokrzywdzonym łatwiej jest podjąć decyzję o odejściu.</p>
<p>A jeśli ucieczka wymaga przymusowego rozstania (zostawienia zwierzęcia choćby na kilka dni)? Badania pokazują wzrost lęku, poczucia winy i objawów stresu pourazowego u osób doświadczających takiej separacji. Osoby doświadczające przemocy czują wobec swoich zwierząt realną odpowiedzialność. I sprawcy doskonale to wiedzą. Im silniejsza więź, tym łatwiej użyć zwierzę jako dźwignię nacisku. Ta odpowiedzialność sprawia, że generują się u osoby pokrzywdzonej dwa bardzo konkretne lęki:</p>
<p>• lęk, że w razie próby odejścia sprawca zemści się na zwierzęciu;<br />
• lęk, że jeśli ucieknie, nie będzie miała dokąd zabrać zwierzęcia, bo większość miejsc pomocowych nie przewiduje obecności zwierząt.</p>
<p>W różnych badaniach odsetek osób, które opóźniają wyjście z przemocowego domu z powodu zwierząt, waha się od około 20–50% &#8211; zależnie od próby i metodologii. To ogrom. A te dwa lęki razem prowadzą do jednego: osoba pokrzywdzona zostaje w przemocy. Te dwa lęki składają się na decyzję: &#8222;Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie mogę odejść&#8221;. I właśnie w tym mechanizmie &#8211; w wykorzystaniu tej odpowiedzialności i lęku &#8211; zwierzę staje się dla sprawcy narzędziem kontroli.</p>
<p>Patrząc na arenę międzynarodową, jest bardzo dużo takich miejsc &#8222;pet-friendly shelters”. W Stanach Zjednoczonych wartym uwagi przykładem jest program People and Animals Living Safely (PALS) w Nowym Jorku: uruchomiony w 2013 roku, jeden z pierwszych programów w mieście, który umożliwia osobom pokrzywdzonym przemocą domową zamieszkać w miejscu pomocowym razem z ich zwierzętami. Do dziś program działa w ponad dziesięciu lokalizacjach NYC i objął wsparciem ponad 800 rodzin oraz ponad 1 000 zwierząt.<br />
Podobne rozwiązania działają także w innych częściach Stanów. W Europie dobrym przykładem jest Holandia. W Polsce, z tego co mi wiadomo, jest garstka takich miejsc, które przyjmują zarówno osobę pokrzywdzoną przemocą, jak i jej zwierzę. Garstka. A oczekiwanie, że osoba pokrzywdzona zostawi zwierzę i &#8222;śmiałym krokiem rozpocznie nowe życie&#8221;, jest oderwane od rzeczywistości To nie jest wybór. To jest wtórna trauma.</p>
<p><em><strong>Nowy, nieoczywisty wymiar: zwierzę jako podmiot traumy</strong></em><br />
A skoro jesteśmy przy traumie, to jest jeszcze coś, o czym prawie się nie mówi, czyli czy zwierzę może być podmiotem traumy? Coraz więcej badań z zakresu dobrostanu zwierząt domowych wykazuje, że w warunkach przewlekłego stresu &#8211; np. spowodowanego chaosem, hałasem, niepewnym środowiskiem &#8211; u zwierząt pojawiają się zmiany fizjologiczne (m.in. wyższy poziom kortyzolu) oraz zmiany behawioralne. Czy zatem te wyniki mogą sugerować, że zwierzęta żyjące w domach z przemocą mogą być narażone na realne skutki stresu? Mogą.</p>
<p>Coraz częściej mówi się o &#8222;PTSD&#8221; u zwierząt domowych. Czym jest PTSD? To z ang. post-traumatic stress disorder i określane jest jako zespół stresu pourazowego. Dla każdego trauma jest doświadczeniem bardzo trudnym i zmieniającym funkcjonowanie psychiczne. PTSD jest reakcją naszej psychiki na skrajnie stresujące zdarzenie, które przekracza nasze możliwości adaptacyjne. Czyli mówiąc krótko trauma nie mija, a wręcz nasila się i wpływa na życie codzienne w postaci różnych objawów &#8211; od zaburzeń percepcji, natrętnych myśli, amnezję dysocjacyjną po ciągłe odczuwanie strachu, przerażenia, złości, poczucia winy lub wstydu.</p>
<p>Wracając do pytania, czyli czy zwierzę może być podmiotem traumy? Choć w Polsce mamy bardzo ograniczone dane, to na podstawie badań międzynarodowych możemy przyjąć bardzo prawdopodobny mechanizm: zwierzę, które żyje w domu, w którym dochodzi do przemocy &#8211; nie tylko jako istota bezpośrednio doświadczająca przemocy, ale też jako świadek &#8211; <strong>może reagować jak człowiek po traumie</strong>. Są takie badania, które wskazują, że psy-świadkowie traumy wykazują zaburzenia behawioralne: nadmierną czujność, unikanie kontaktu, reaktywność na bodźce, wycofanie. Inne badania mówią o zwierzętach w warunkach przewlekłego stresu: zmienionej fizjologii, możliwym wzroście hormonów stresu, osłabionej odporności. Zwierzę nie &#8222;adaptuje się&#8221; do przemocy. <strong>Zwierzę w niej trwa</strong>.</p>
<p><em><strong>Większe zasoby? Więcej nacisków!</strong></em><br />
Chcę podkreślić jedną kwestię, o której rzadko się mówi. Przemoc domowa dotyka całego systemu domowego, czyli różnych relacji i zależności: nie tylko relacji sprawca-osoba pokrzywdzona, lecz również relacji opiekun-zwierzę i relacji niemych świadków, o których zaraz powiem nieco więcej.</p>
<p>Natomiast warto mieć świadomość tego, że przemoc domowa jest:</p>
<ul>
<li>wielokanałowa,</li>
<li>powiązana,</li>
<li>zjawiskiem, przenoszącym się między relacjami.</li>
</ul>
<p>Sprawca ma system, który kontroluje. To, że system zawiera różne gatunki (tak ludzkie, jak i pozaludzkie) nie jest dla niego przeszkodą. Dla sprawcy to tylko większe zasoby, więcej punktów nacisku. Bo w przemocy domowej osoba pokrzywdzona przemocą czuje winę nawet za to, co nie jest jej winą. A jak to się ma do zwierzęcia jako narzędzia kontroli? Jeśli zwierzę cierpi, osoba pokrzywdzona przemocą czuje się winna.<br />
Jeśli zwierzę jest porzucone, uwięzione, bite, osoba pokrzywdzona przemocą czuje się winna.</p>
<p><em><strong>Niemy świadek w oczach dziecka</strong></em><br />
Powiedziałam, że przemoc domowa dotyka całego systemu domowego, czyli różnych relacji i zależności &#8211; nie tylko relacji sprawca-osoba pokrzywdzona, lecz również relacji opiekun-zwierzę i relacji niemych świadków. Czym jest dla mnie ta relacja niemych świadków i kim w ogóle są Ci niemi świadkowie? To są tzw. świadkowie bez głosu: dziecko i zwierzę w cieniu przemocy.</p>
<p>W domach z przemocą dziecko i zwierzę tworzą często więź &#8211; silną, bliską, emocjonalnie fundamentalną. Kiedy w takim domu jest dziecko, ono nie musi być bite, żeby doświadczać przemocy. Bo wyobraźmy sobie dziecko, które patrzy, jak sprawca uderza zwierzę. Dziecko nie musi być bite, żeby doświadczać przemocy. Wystarczy, że patrzy. Że widzi, jak krzywdzone jest zwierzę. Scena przemocy wobec zwierzęcia jest jak pęknięcie: rozsadza poczucie bezpieczeństwa, uruchamia lęk, wstyd, czasem złość, która nie ma ujścia. Badania pokazują, że dzieci, które są świadkami krzywdzenia zwierząt w domu, częściej mają trudności emocjonalne i behawioralne: gorzej śpią, gorzej się regulują, gorzej funkcjonują w relacjach. W domu z przemocą &#8222;widok&#8221; krzywdzenia zwierzęcia wzmacnia traumę u dzieci nawet wtedy, gdy bezpośrednia przemoc wobec dziecka nie występuje. Badania pokazują, że obecność okrucieństwa wobec zwierząt koreluje z większym nasileniem objawów emocjonalnych i behawioralnych u dzieci. To przesłanka, by psychologiczne wsparcie dla rodzin po interwencji zawsze uwzględniało ten wątek.</p>
<p><em><strong>Co możemy zmienić? Cztery filary nowego systemu</strong></em><br />
Jeśli zwierzę jest bezpośrednią istotą pokrzywdzoną przemocą albo staje się narzędziem kontroli w rękach sprawcy, to odpowiedzią musi być system, który widzi zwierzę na każdym etapie interwencji. Dziś tak nie jest. A można to zmienić.</p>
<p>Pierwszą taką zmianą powinno być <strong>wprowadzenie zwierzęcia do procedury Niebieskich Kart</strong>. To właśnie tam &#8211; przy pierwszym kontakcie z systemem &#8211; powinno paść pytanie: &#8222;Czy w domu jest zwierzę i czy jest zagrożone?&#8221;. Kiedy to pytanie nie pada, system nie widzi kluczowego elementu przemocy. Nie widzi zwierzęcia, którym w całym tym procesie przemocy posługuje się sprawca. A jeśli system go nie widzi, to nie jest w stanie przerwać całego mechanizmu sterowania osobą pokrzywdzoną przemocą. W efekcie przemoc często pozostaje ukryta, zamrożona w czterech ścianach, bo osoba pokrzywdzona boi się odejść, wiedząc, że zostawiłaby zwierzę bez ochrony. A zatem pytanie: &#8222;Czy w domu jest zwierzę i czy jest zagrożone?&#8221; to może i mała zmiana w formularzu, ale ogromna w ocenie ryzyka.</p>
<p>Drugim niezbędnym elementem są <strong>miejsca schronienia, które realnie przewidują obecność zwierząt</strong>. Nie jako wyjątek, nie jako &#8222;opcję&#8221;, ale jako standard. Jeśli dla osoby doświadczającej przemocy pies czy kot jest jedyną stabilną relacją w życiu, to nie możemy oczekiwać, że zostawi tę istotę &#8211; ani z perspektywy emocji, ani z perspektywy bezpieczeństwa. W wielu krajach to już norma. U nas wciąż rzadkość.</p>
<p>Trzeci filar zmian to <strong>edukacja służb pierwszego kontaktu</strong>: policji, pracowników socjalnych, oświaty, ochrony zdrowia. Nawet jeśli zwierzę nie figuruje jeszcze w formularzach, ci ludzie mogą, a nawet powinni zadawać pytania o zwierzę. Mogą zobaczyć historie, które w dokumentach się nie mieszczą: &#8222;On grozi, że coś zrobi psu&#8221;, &#8222;On bije kota, gdy ja protestuję&#8221;. Bez tych pytań nigdy się tego nie dowiedzą. Policja, OPS, ochrona zdrowia, oświata muszą wiedzieć, że pytanie o zwierzę może otworzyć całą prawdę o przemocy.</p>
<p>I wreszcie element, który w Polsce praktycznie nie istnieje: <strong>włączenie lekarzy weterynarii do systemu przeciwdziałania przemocy domowej</strong>. To zdarza się tak, że to właśnie weterynarz &#8211; nie policjant i nie psycholog &#8211; jako pierwszy widzi sygnały przemocy. Na przykład poprzez złamania, które nie pasują do opowieści opiekuna. Rany zgodne z oparzeniem, podduszeniem. Skrajne zaniedbanie. W medycynie nazywamy to ranami-sygnałami. W pediatrii potrafią one uratować życie dziecka. W weterynarii mogą uratować życie zwierzęcia, a często również człowieka, bo obrażenia zwierzęcia mogą być pierwszym sygnałem eskalacji przemocy domowej. Warto, by mógł zareagować, a system przyjąć to zgłoszenie.</p>
<p><em><strong>Przywrócić zwierzęta do pola widzenia</strong></em><br />
Na koniec chciałabym podkreślić jedną kwestię. Zwierzę, które staje się narzędziem kontroli w cieniu przemocy domowej, jest nie tylko ofiarą. Jest świadectwem tego, jak daleko może posunąć się człowiek, aby zdominować drugiego. I dlatego obowiązkiem etycznym, prawnym i społecznym jest przywrócić zwierzęta do pola widzenia. Do pola troski. Do pola ochrony.</p>
<p>Pamiętajcie, że tam, gdzie ktoś łamie relację międzygatunkową, łamie również relację społeczną. A to już nie jest problem jednego domu. <strong>To jest problem całego systemu</strong>.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://radioactivedog.pl/sfn/zwierze-w-cieniu-przemocy-domowej/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Prawo do pamięci.</title>
		<link>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn3/</link>
					<comments>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn3/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paulina Szczupaczyńska]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 31 Oct 2025 09:19:43 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[SFN]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://radioactivedog.pl/?p=1775</guid>

					<description><![CDATA[Ten tekst to pewna forma buntu. Między innymi przeciwko kulturze, która odmawia żałoby, bo &#8222;to tylko zwierzę&#8221;. Tak się składa, że zbliża się Dzień Wszystkich Świętych – czas pamięci, wspomnień, zapalonych świeczek. Ale jest jeszcze jedna pamięć, o której wciąż]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Ten tekst to pewna forma buntu. Między innymi przeciwko kulturze, która odmawia żałoby, bo &#8222;to tylko zwierzę&#8221;.<br />
<span id="more-1775"></span></p>
<p>Tak się składa, że zbliża się Dzień Wszystkich Świętych – czas pamięci, wspomnień, zapalonych świeczek. Ale jest jeszcze jedna pamięć, o której wciąż mówi się szeptem: pamięć o zwierzętach, które odeszły. Przyglądam się temu od dawna i mam poczucie, że bardzo brakuje nam tak prawa, jak i rytuałów do przeżywania tej straty.</p>
<p>Ten tekst chciałabym zadedykować <strong>Maksinkowi</strong> – mojej czworonożnej Istocie, którego rocznica śmierci przypada dokładnie na 31 października – oraz pozostałym zwierzęcym członkom mojej Rodziny: <strong>Korkosławowi</strong>, <strong>Michałowi</strong> zwanemu pieszczotliwie Misią (bo Misią wydawał się na początku), <strong>Kempusiowi</strong> i <strong>Artusiowi</strong>. To właśnie dzięki naszej wspólnej drodze, kroczeniu noga w łapę, i bliskości aż do końca, narodziła się fundacja Radioactivedog. Dziękuję Wam, Chłopaki!</p>
<p>Ale ten tekst dedykuję również <strong>wszystkim Istotom Pozaludzkim</strong>, których śmierć jest niezauważalna. Nie dlatego, że jest niewidoczna – przeciwnie, ona jest masowa, jest systemowa, wpisana w ekonomiczny rytm. Jest niezauważalna, bo została schowana za wysokimi murami. To zwierzęta gospodarskie, znikające w cieniu rzeźni. To istoty z laboratoriów, które nawet w chwili śmierci są jedynie numerem w dokumentacji. Ich odejścia nie mają rytuału. Nie mają żałoby. I dziś chcę, by choć przez moment były obecne.</p>
<p><strong>Zwierzęta odchodzą w ciszy</strong><br />
Śmierć człowieka ubrana jest we wszelkie rytuały i jest pełen akcept na jej przeżywanie.</p>
<p>Śmierć zwierzęcia jest co najwyżej ubrana w milczenie. Nie ma żałobnych dzwonów, czarnych wstążek, konduktów. Jest cisza, w której świat trwa dalej, jakby nic się nie stało. A jednak w tej ciszy jest coś, co domaga się słów – coś, co ja nazywam prawem do pamięci.<br />
To prawo nie istnieje w żadnym kodeksie. Nie znajdziemy go w ustawach, w rozporządzeniach. A jednak ono istnieje – w potrzebie pożegnania. W tym wszystkim, co człowiek robi, gdy chce powiedzieć: &#8222;Twoje życie się liczyło&#8221;.</p>
<p>My, opiekunowie, rzadko mamy &#8222;społeczne prawo&#8221; do pełnego przeżywania tej śmierci. Słyszymy &#8222;To był tylko pies&#8221;, &#8222;Będzie następny&#8221;. Zwierzęta odchodzą w ciszy. Nie ma oficjalnych ceremonii, nie ma społecznych rytuałów. Żyjemy w epoce, w której mówimy o empatii, bioróżnorodności – ale gdy przychodzi do rozmowy o śmierci pozaludzkich istot, język milknie. A śmierć zwierząt – i nasza relacja z nią – jest pewnego rodzaju testem. Pokazuje, jak daleko potrafimy rozszerzyć naszą uwagę i uważność poza własny gatunek.</p>
<p><strong>Nie(u)znana żałoba</strong><br />
Badania pokazują, że u wielu osób żałoba po śmierci zwierzęcia może być równie intensywna jak po śmierci człowieka. A jednak wciąż nie ma urlopu po stracie zwierzęcia, nie ma oficjalnej przestrzeni, w której ta żałoba mogłaby wybrzmieć.</p>
<p>W Polsce brak jest regulacji, które uznałyby śmierć zwierzęcia za powód żałoby. Nie ma urlopu, nie ma publicznego wsparcia. Raport Grief in the Workplace (2024) wskazuje, że doświadczenie żałoby ma realny wpływ na funkcjonowanie w pracy i zdrowie psychiczne pracowników.<br />
System mówi: &#8222;To tylko zwierzę&#8221;. Ba! Otoczenie mówi &#8222;Będzie następny&#8221;. Tyle tylko, że żałoba potrzebuje być wyrażona, bo to też relacja, a więc to też strata.</p>
<p>I tu podzielę się z Wami czymś bardzo osobistym. Kiedy odszedł Korkosław, usłyszałam od kogoś jedno z takich zdań, po którym człowiek czuje, że właśnie dostał strzał w samo serce: &#8222;Zbyt emocjonalnie podchodzisz do życia. Trudno ogarnąć te Twoje emocje.&#8221;. Korka śmierć to nie była &#8222;po prostu śmierć&#8221;. To był maraton bezsilności. Badania, konsultacje, kolejne hipotezy. I czas, który wtedy wydawał się elastyczny, z perspektywy okazał się bezlitosny. Kiedy wreszcie padła diagnoza – nowotwór trzustki – świat dla mnie się po prostu zatrzymał, pomimo, że rzeczywistość nie dała mi postoju. Dwa dni. Tyle minęło od słów lekarza do decyzji, która połamała mi serce. Byłam strzępem człowieka. I jak to w życiu bywa, los nie ma litości dla tych, którzy już leżą. Bo chwilę później pojawił się kaszel u Maksina – tego samego, którego rocznicę odejścia dziś obchodzę. Ten kaszel w pierwszej chwili wydawał się czymś banalnym. Może infekcja. Może alergia. I coraz bardziej intuicja mówiła, że to nie będzie prosta historia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to chłoniak. Ale tamte słowa, czyli &#8222;Zbyt emocjonalnie podchodzisz do życia&#8221;, były nie tyle komentarzem, co ciosem w ranę, której nikt nie widział.</p>
<p>I tu wchodzi cała ubrana na czarno żałoba nieuznana. Dokładnie w tym momencie, o którym powiedziałam Wam przed chwilą zrozumiałam, czym ona jest. Kiedy tracisz istotę, którą kochasz, a otoczenie oczekuje, że wstaniesz następnego dnia, umyjesz zęby, wrócisz do pracy i powiesz &#8222;Jest okej&#8221;. A nie jest. I to bardzo boli — nie tylko przez stratę, ale przez brak przestrzeni na ból. I wierzę, że jeśli mamy zmieniać sposób, w jaki mówimy o śmierci zwierząt, to musimy zacząć od tego, by dać sobie i innym prawo do przeżywania.</p>
<p>Żałoba nieuznana to taka sytuacja, w której ktoś przeżywa odejście istoty pozaludzkiej, a reszta otoczenia sugeruje, że to przesada i bagatelizuje przeżywanie tego odejścia. To taka żałoba, której nie wypada przeżyć publicznie. Taka, której społeczeństwo nie chce słyszeć, bo wymyka się obowiązującym regułom czy kategoriom.</p>
<p>Osoby, które tracą zwierzę, często słyszą: &#8222;Weź sobie nowe&#8221;. Jakby ból był produktem do wymiany. Jakby życie można było zastąpić życiem.<br />
Żałoba nieuznana staje się raną bez języka. Chowa się w ciele, w rozpadających się rytuałach dnia. Brak możliwości przeżycia tej żałoby — w swoim tempie, przy wsparciu — może wydłużać proces żałoby i zwiększać ryzyko depresji.</p>
<p>Dlatego pomimo być może dobrych intencji, nie mówmy &#8222;To był tylko pies&#8221;, nie mówmy &#8222;A może czas na kolejnego psa czy kota czy szczura&#8221;. Paradoksalnie takimi wypowiedziami pogłębia się ból. Jest już ból związany ze stratą, i wokół niego pojawia się kolejna warstwa bólu: związana z brakiem zrozumienia, oceną, poczuciem bycia krytykowanym czy wyśmiewanym. I to może dawać poczucie dojmującej samotności. Nie róbmy tego, proszę. Dajmy osobie przeżywającej stratę przestrzeń na emocje – na gniew, na lęk, na rozczarowanie. I wspierajmy się mądrze, bez oceny, a z otuleniem tych wszystkich emocji słowami: &#8222;Widzę, jak bardzo Cię to boli&#8221;, &#8222;Widzę, jak bardzo cierpisz&#8221;, &#8222;Czy jest coś, co mogę dla Ciebie zrobić&#8221;. <strong>Towarzyszmy</strong>. <strong>Bądźmy</strong>. Po prostu.</p>
<p><strong>Prawo do rytuału</strong><br />
A skoro jesteśmy przy towarzyszeniu i byciu. Kiedy umiera człowiek, istnieje dla niego cały system: lekarz, dom pogrzebowy, ceremoniał, cmentarz. Tu śmierć ma swoje procedury, język i miejsce. Śmierć człowieka jest nazwana, uznana i ujęta w ramy. A kiedy umiera zwierzę? W polskim prawie śmierć zwierzęcia jest ujęta z zimną precyzją administracyjną. Jego ciało zostaje zaklasyfikowane jako „odpad kategorii pierwszej”. Brzmi brutalnie. Nie pozostawia miejsca na pamięć, ani na rytuał.</p>
<p>Śmierć zwierząt została wywłaszczona z przestrzeni publicznej i przeniesiona do sfery prywatnego wstydu. Nie wypada płakać po kocie w pracy. Nie wypada brać dnia wolnego z powodu śmierci psa. A jednak coraz więcej osób to robi – wbrew konwenansom, wbrew przepisom.<br />
Dlatego to bardzo ważne, że powstają cmentarze dla zwierząt. I tu znów wtrącę prywatę – gdy wiele lat temu odszedł mój koteł Misiek, zwany początkowo Misią, to w Polsce tak naprawdę były 3 cmentarze dla zwierząt, a o indywidualnej kremacji nikt nawet nie śmiał pomyśleć. I to jest bardzo ale to bardzo ważne, że takich miejsc, jak krematoria czy cmentarze dla zwierząt przybywa. Bo to nie jest „kaprys miłośników zwierząt”. To przestrzeń, w której zwierzę odzyskuje podmiotowość, a opiekun prawo do żałoby. Każdy grób, każde imię wyryte na kamieniu to forma oporu wobec zapomnienia. To cichy manifest: &#8222;Twoje życie miało znaczenie&#8221;.</p>
<p>Warto zauważyć, że rytuał ma też wymiar wspólnotowy. W momencie śmierci człowieka społeczność staje się wspólnotą żałoby. Kiedy umiera zwierzę, wspólnota się nie pojawia. Stąd też alternatywne wspólnoty – w internecie, w sieciach społecznościowych, ale też i coraz częściej w grupach wsparcia. To nie są tylko wirtualne rozmowy, to są realne kręgi żałoby po osobach zwierzęcych. Samo to określenie „osoby zwierzęce” budzi liczne kontrowersje, to kręgi dla osób potrzebujących wsparcia po osobie zwierzęcej budzą w ogóle podwójną niechęć wciąż u wielu osób. I tu wracamy do tej żałoby społecznie nieakceptowalnej, do której należy żałoba po zwierzęciu.</p>
<p>A przecież najtrudniejszy moment po odejściu zwierzęcia nie przychodzi od razu. Przychodzi kilka dni później. Kiedy otwierasz drzwi i nie słyszysz kroków. Kiedy chcesz coś powiedzieć – i nie masz do kogo. Psycholodzy zauważają, że rytmy codzienności są najgłębiej zakorzenioną formą więzi. To właśnie ich utrata buduje w nas przestrzeń po stracie. Dlatego żałoba po zwierzęciu nie dotyczy tylko śmierci, ale pustki w rytuale dnia.</p>
<p>I dlatego <strong>wsparcie emocjonalne po stracie zwierząt</strong> – grupy, spotkania, rozmowy – <strong>są tak ważne</strong>. Nie tylko jako forma terapii, ale jako sposób odzyskania wspólnotowości pamięci. Bo pamięć to akt wspólnotowy. Nie istnieje w pojedynkę.</p>
<p><strong>Milczące ofiary</strong><br />
A jednak system potrafi odebrać ją jeszcze za życia — i nie oddać jej nawet po śmierci. Nie tak dawno w jednym odcinków podcastu radioAKTYWNE mówiłam o tym, jak jedna z fundacji opisała scenę, której nie da się zapomnieć. Koń – chory, leczony, otoczony troską. Gdy umarł, zgodnie z przepisami trzeba było wezwać firmę utylizacyjną. Przyjechała po kilku godzinach. Wyciągarka ciągnęła ciało po błocie, aż do kontenera, w którym leżały inne ciała. Koń został wrzucony na samą górę. To było zgodne z prawem. Legalne. Ale czy godne?</p>
<p>Ta scena jest jak ciemne lustro naszego systemu. Pokazuje, że prawo, które nie zna pojęcia &#8222;godności&#8221;, nie może znać też pojęcia &#8222;pamięci&#8221;. Ciało zwierzęcia w świetle przepisów to &#8222;odpad kategorii pierwszej&#8221;, nie ciało, które ktoś kochał, które współistniało z człowiekiem. Prawo chroni zwierzę przed cierpieniem, ale nie przed upokorzeniem po śmierci. Nie ma paragrafu, który zabraniałby ciągnąć ciało konia po błocie. Bo w języku prawa to nie ciało — to materiał.</p>
<p>Niestety wraz z tym błotem, jakkolwiek to nie brzmi, opada to górnolotne &#8222;Zwierzę nie jest rzeczą&#8221; z ustawy o ochronie zwierząt. Dopóki prawo nie uzna, że godność trwa również po śmierci, będziemy świadkami takich scen — zgodnych z literą prawa.</p>
<p>Co więcej, nie wszystkie zwierzęta mają kogoś, kto o nich pamięta. Każdego dnia giną miliony istot pozaludzkich – w laboratoriach, rzeźniach, na drogach. Nie mają imion, nagrobków, wspomnień. Śmierć tych zwierząt nie zostaje nawet zarejestrowana jako zdarzenie jednostkowe. To tylko liczba w statystyce, w tabeli, w raporcie o produkcji mięsa, mleka, jaj. A jednak każde z tych istnień było częścią świata, zanim stało się jego zapomnianym fragmentem. W tej ciszy jest coś głęboko niepokojącego. Bo pamięć o zwierzętach nie powinna kończyć się na poziomie jednostkowego żalu po ukochanym psie. Powinna także dotyczyć całych zbiorowości. Bo w świecie, w którym codziennie miliony zwierząt ginie w niewidzialnych przestrzeniach – laboratoriach, rzeźniach, lasach, drogach – pamięć staje się formą oporu. <strong>Pamiętać znaczy przywracać znaczenie</strong>. Pamięć o zwierzętach to nie odebranie pamięci ludziom, lecz poszerzenie pola współczucia.</p>
<p><strong>Pomniki, czyli pamięć publiczna</strong><br />
Czasami pamięć potrzebuje formy – czasem jest to tablica, czasem rzeźba. W Polsce mamy takie przykłady. W Krakowie, nad Wisłą, stoi pomnik psa Dżoka – czarnego mieszańca, który przez rok czekał na swojego opiekuna w miejscu, gdzie ten zmarł. Rzeźbę stworzył Bronisław Chromy. Na cokole wyryto słowa: &#8222;Najwierniejszy z wiernych. Symbol psiej wierności&#8221;.</p>
<p>Dżok nie jest bohaterem z bajki, nie jest metaforą. Jest symbolem relacji. Jego pomnik to tak naprawdę pomnik relacji na linii pies-człowiek. To jedna z nielicznych sytuacji, w której pomnik nie gloryfikuje władzy ani zwycięstwa, lecz trwanie i towarzyszenie.</p>
<p>Pomnik Dżoka został odsłonięty w 2001 roku. Dwadzieścia cztery lata później, w 2025 roku we Wrocławiu stanął inny pomnik – szczura laboratoryjnego, przed kampusem Uniwersytetu SWPS. Pomnik dedykowany jest zwierzętom wykorzystywanym w badaniach naukowych. Na tablicy znajduje się jednak imię: &#8222;dla Barnabusa&#8221;. To odniesienie do jednego z najsłynniejszych szczurów eksperymentalnych, który zapisał się w historii badań nad zachowaniem.</p>
<p>Czy jest to jakaś forma pamięci? Na pewno. Ale czy to nie jest też jednocześnie gest, który mówi: &#8222;Wiemy, że korzystamy z waszego życia&#8221;. Możliwe. Rodzi się też pytanie, czy pomnik może stać się prawdziwym rytuałem pamięci, jeśli system, który tworzy potrzebę takiego pomnika, wciąż trwa? W zestawieniu z koniem ciągniętym po błocie, szczur z Wrocławia jest jak znak kontrastu: tam – milczenie prawa, tu – próba zadośćuczynienia. Tam – legalność bez godności, tu – symboliczny gest bez realnej zmiany. Ale może to właśnie takie gesty są pęknięciem w strukturze obojętności, przez które zaczyna sączyć się empatia?</p>
<p><strong>Społeczne czuwania</strong><br />
Gdy piszę o gestach, które są pęknięciem w strukturze obojętności, to od razu przychodzi mi na myśl Poznań i październik 2025.<br />
Bo dokładnie w październiku 2025 roku w Poznaniu, po śmierci słonicy Kingi wydarzyło się coś niezwykłego. Ludzie zaczęli gromadzić się przed bramą Starego Zoo. Przynosili kwiaty i zapalali znicze. Nie po to, by zaprotestować przeciwko naturze śmierci, lecz by ją nazwać, by nadać jej sens. Było w tym coś, czego wciąż brakuje naszej kulturze — społeczny rytuał żałoby po zwierzęciu. Na transparentach widniały słowa: &#8222;Stop śmierciom zwierząt&#8221;, &#8222;Dość bierności władz Poznania&#8221;. Niektórzy mówili, że przyszli, by pożegnać słonicę, inni – że chcą powiedzieć &#8222;Dość&#8221;.</p>
<p>Śmierć Kingi stała się momentem, w którym prywatne uczucie żalu spotkało się ze wspólnotową potrzebą uznania. To nie była manifestacja przeciwko komuś — to była manifestacja za kimś. Za zwierzęciem, które żyło, czuło, umarło i nie zniknęło w milczeniu. Takie wydarzenia są nowymi rytuałami — oddolnymi, emocjonalnymi, spontanicznymi. Nie organizują ich instytucje, lecz ludzie, którzy nie godzą się na to, by śmierć zwierzęcia była bezimienna.</p>
<p>A tak swoją drogą pytanie o pamięć po zwierzętach nie dotyczy tylko grobów, pomników czy rytuałów. Dotyczy również tego, jak o nich mówimy, jak ich używamy w języku, w obrazie, w symbolu. Bo słowa i obrazy również potrafią zabijać – po raz drugi, po raz trzeci, w nieskończoność. I na pewno poruszę ten temat, jednak przy okazji czy to kolejnych wpisów na blogu, czy odcinków podcastu.</p>
<p><strong>Prawo do pamięci</strong><br />
Prawo do pamięci nie jest zapisane w kodeksie. Ale to prawo do znaczenia. Prawo do tego, by istnienie nie zniknęło bez śladu. To ciche prawo moralne, które zaczyna się w nas. Nie chodzi o to, by nie pozwolić umrzeć. Chodzi o to, by pozwolić znaczyć. Bo tylko wtedy śmierć przestaje być końcem, a staje się początkiem nowego języka współistnienia. Nie możemy mówić o empatii wobec żyjących, jeśli nie potrafimy współczuć z tymi, którzy odeszli. Nie stworzymy ekologii przyszłości bez ekologii pamięci.</p>
<p>Chciałabym, aby prawo do pamięci wyszło poza ramy czystej teorii. Chciałabym, aby był to akt czułości wobec przemijania. Bo pamięć nie zatrzymuje życia — ona nadaje mu dalszy kształt. Czy zwierzęta mają prawo do pamięci? Z perspektywy prawa – nie. Z perspektywy etyki – powinny. Prawo do pamięci to nie zapis w kodeksie. To prawo do znaczenia, do tego, by istnienie nie zostało zapomniane, zredukowane do numeru, do ciała, do towaru.</p>
<p>Włączenie zwierząt w sferę pamięci to rewolucja cicha, ale głęboka. To moment, w którym uznajemy, że empatia nie kończy się na granicy gatunku. Że pamięć jest formą sprawiedliwości.</p>
<p>Wspólnota pamięci nie zawsze wymaga pomników. Czasem to wspólne zapalenie świeczki, tabliczka przy drodze, gdzie potrącono sarnę. Każdy z tych gestów to mikro-rytuał współodczuwania, który mówi: &#8222;Twoje życie nie zniknęło bez śladu&#8221;. W ten sposób tworzy się coś w rodzaju archiwum czułości – sieć drobnych, ludzkich gestów wobec pozaludzkich istot.</p>
<p>Pamięć jest zawsze wyborem. A wybory mówią o nas więcej niż słowa. Kiedy zapalamy świeczkę dla psa, który odszedł, stawiamy tabliczkę przy drodze dla sarny potrąconej przez samochód czy dołączamy do kręgu żałoby po utracie kota mówimy światu: &#8222;Nie zgadzam się na niepamięć&#8221;. To gest sprzeciwu wobec wciąż panującej logiki: &#8222;Nieważne, bo pozaludzkie&#8221;. <strong>Jeśli dziś zauważymy ich śmierć, jutro zaczniemy widzieć ich życie. </strong></p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn3/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nie tylko mądrość, ale i godność.</title>
		<link>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn2/</link>
					<comments>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn2/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[admin]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 04 Oct 2025 09:30:20 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[SFN]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://radioactivedog.pl/?p=1773</guid>

					<description><![CDATA[Nie musimy mówić wspólnym językiem, by przyznać komuś godność. Być może właśnie to jest największy test człowieczeństwa &#8211; czy potrafimy uznać wartość istnienia, które nie przypomina nas w żadnym aspekcie? W Światowy Dzień Ośmiornicy zerknijmy więc w stronę stworzenia, które]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Nie musimy mówić wspólnym językiem, by przyznać komuś godność. Być może właśnie to jest największy test człowieczeństwa &#8211; czy potrafimy uznać wartość istnienia, które nie przypomina nas w żadnym aspekcie?</p>
<p><span id="more-1773"></span></p>
<p>W <strong>Światowy Dzień Ośmiornicy</strong> zerknijmy więc w stronę stworzenia, które dla wielu biologów i filozofów jest najbardziej &#8222;obcym umysłem&#8221; na Ziemi &#8211; i być może (paradoksalnie) najczystszym zwierciadłem naszego stosunku do inności.</p>
<p><strong>Istota, która wymyka się kategoriom</strong><br />
Z punktu widzenia biologii ośmiornica to bezkręgowiec należący do gromady głowonogów &#8211; grupa, która od linii ssaczej oddzieliła się ponad 500 milionów lat temu. Jej inteligencja rozwinęła się całkowicie niezależnie od naszej, co czyni ją jednym z najciekawszych przykładów równoległej ewolucji złożonego umysłu.</p>
<p>W eksperymentach ośmiornice rozwiązują labirynty, otwierają słoiki, zapamiętują kształty i rozpoznają ludzi. Niektóre badania wskazują, że mają osobowość &#8211; potrafią być śmiałe, ciekawskie, nieufne lub impulsywne. To nie zbiór odruchów, lecz system zachowań wskazujących na złożone procesy poznawcze i emocjonalne. Przejaw wewnętrznego życia &#8211; indywidualnego, zmiennego, pełnego ciekawości i emocji.</p>
<p><strong>Umysł w ramionach &#8211; rozproszona świadomość</strong><br />
Układ nerwowy ośmiornicy to jedno z najoryginalniejszych rozwiązań natury. Zawiera około 500 milionów neuronów, z czego aż dwie trzecie mieści się nie w mózgu, lecz w ramionach. Co ciekawe, każde &#8211; absolutnie każde &#8211; ramię ma własny &#8222;mini-mózg&#8221;, zdolny do samodzielnego przetwarzania bodźców, uczenia się i reagowania na dotyk.</p>
<p>Badania wykazały, że ramiona te mogą wykonywać ruchy eksploracyjne bez centralnych poleceń. Co to znaczy? W większości znanych nam zwierząt (w tym u ludzi) ruchy ciała są sterowane centralnie przez mózg lub rdzeń kręgowy. Mózg &#8222;wydaje polecenie&#8221;, a mięśnie wykonują ruch. To tak zwana kontrola scentralizowana. U ośmiornicy natomiast układ nerwowy jest rozproszony: około 2/3 wszystkich neuronów nie znajduje się bowiem w mózgu, ale w ramionach. A zatem nawet odcięte od ciała reagują na bodźce &#8211; jakby część ich &#8222;świadomości&#8221; pozostała w tkance.</p>
<p>Jak pisał Peter Godfrey-Smith:</p>
<p><img decoding="async" class="wp-image-1893 alignleft" src="https://radioactivedog.pl/wp-content/uploads/2025/10/cudzyslow.jpg" alt="" width="49" height="46" /><em>Ośmiornica jest przede wszystkim organizmem z rozległym układem nerwowym i złożonym czynnym ciałem. Ma bogate zdolności zmysłowe i niesamowite możliwości behawioralne. Jeśli istnieje jakiś rodzaj subiektywnego doświadczenia, który przyporządkowany jest czującej i działającej istocie żywej &#8211; ośmiornica ma go mnóstwo.</em></p>
<p>To przykład, że świadomość nie musi być zlokalizowana w jednej strukturze. W świecie ośmiornic umysł jest ruchem, nie punktem.</p>
<p><strong>Mieć umysł, czyli&#8230;?</strong><br />
Gdy mówimy o &#8222;umysłach&#8221;, wyobrażamy sobie wewnętrzny głos, wspomnienia, emocje i jedno &#8222;ja&#8221;. Ale w przypadku ośmiornicy ten model się rozpada. Dlaczego?</p>
<ul>
<li>Umysł jako… sieć<br />
Ośmiornica nie ma jednej świadomości, lecz sieć współpracujących systemów. Jej układ nerwowy to konfederacja percepcji &#8211; ramiona badają, smakują, a centralny mózg koordynuje i integruje doświadczenia. Jak zauważa między innymi Binyamin Hochner to forma &#8222;rozproszonej autonomii&#8221;, która zrywa z ideą jednego centrum dowodzenia. Każde jej ramię jest zatem jednocześnie i zmysłem i &#8222;instrumentem&#8221;.</li>
<li>Wewnętrzny świat bez języka<br />
Czy ośmiornica ma wewnętrzny świat? Tak &#8211; ale inny niż nasz. Jej świadomość jest dotykowa, przestrzenna, cielesna. Nie opiera się na języku ani pojęciach, lecz na wrażeniach, rytmach, fakturach. To taka świadomość, która &#8211; zamiast go opisywać &#8211; całą sobą czuje świat. Podczas gdy człowiek myśli obrazami i słowami, ośmiornica myśli ruchem i dotykiem. To świat synestezji, w którym czucie i działanie są jednym.</li>
<li>Świat z walencją emocjonalną &#8211; czyli co czują ośmiornice<br />
W neurobiologii pojęcie walencji emocjonalnej opisuje zdolność organizmu do rozróżniania doświadczeń jako pozytywnych lub negatywnych &#8211; doświadczania &#8222;tego, co dobre&#8221; i &#8222;tego, co złe&#8221;. Nie chodzi tu o emocje w sensie ludzkim, lecz o pierwotne odczucie wartości: przyciąga &#8211; odpycha, przyjemne &#8211; bolesne. Badania nad ośmiornicami wskazują, że ich zachowania mają właśnie taką walencję emocjonalną. To znaczy: nie tylko reagują na bodźce, ale też wartościują doświadczenia. Dla przykładu, w eksperymentach Robyn Crook ośmiornice unikały miejsc kojarzonych z bólem i wybierały te, które dawały ulgę po znieczuleniu &#8211; co oznacza, że ich reakcje nie są mechaniczne, ale afektywne, nacechowane emocjonalnie.</li>
</ul>
<p>Z kolei Alexandra Schnell, Nathaniel Farndale Wright oraz Nicola Clayton dowodzą, że głowonogi przejawiają trzy wymiary świadomości:</p>
<ul>
<li>świadomość siebie &#8211; rozróżnianie własnego ciała od otoczenia,</li>
<li>świadomość innych &#8211; rozpoznawanie obecności i intencji,</li>
<li>świadomość czasu &#8211; pamięć przeszłych doświadczeń i antycypację przyszłych.</li>
</ul>
<p>To wskazuje, że ich wewnętrzny świat nie jest płaski i reaktywny, ale afektywnie zorganizowany &#8211; prawdopodobnie złożony z pierwotnych emocji takich jak ciekawość, niepokój, komfort, lęk, zadowolenie. Jak zauważa Godfrey-Smith, ciało ośmiornicy jest jej umysłem, a emocje wydarzają się na powierzchni skóry. Kolor, faktura, napięcie ciała &#8211; to forma ekspresji stanów wewnętrznych. W tym sensie walencja emocjonalna nie jest tylko kategorią biologiczną, ale językiem, w jakim ośmiornica komunikuje się ze światem.</p>
<p>Świadomość nie jest zatem przywilejem człowieka. To biologiczny sposób istnienia w świecie, który potrafi siebie odczuwać.</p>
<p><strong>Podziw i… eksploatacja?</strong><br />
Pomimo tych wszystkich wyżej wymienionych odkryć, w Hiszpanii trwają prace nad pierwszą przemysłową hodowlą ośmiornic: firma Nueva Pescanova planuje produkować około 3 tys. ton mięsa rocznie, trzymając tysiące zwierząt w zamkniętych zbiornikach, w warunkach całkowicie obcych ich naturze. Zwierzęta, które w naturze żyją samotnie, eksplorują i ukrywają się, będą tam stłoczone w zbiornikach, rozmnażane i zabijane dla mięsa.</p>
<p>Ośmiornice są samotnikami, które w niewoli reagują stresem, autoagresją i kanibalizmem. Nie istnieją humanitarne metody ich uśmiercania &#8211; w praktyce stosuje się zamrażanie żywcem lub uderzenia o twarde powierzchnie, co powoduje silne cierpienie ze względu na gęstą sieć receptorów bólowych w skórze i mięśniach.</p>
<p>W świetle tej wiedzy hodowla ośmiornic jest moralnym regresem &#8211; ignoruje bowiem postęp w zrozumieniu, czym jest świadomość i cierpienie.</p>
<p>W tym miejscu warto zaznaczyć jeszcze jedną kwestię. W artykule &#8222;The status of octopus fisheries in the Western Indian Ocean&#8221; podano, że w 1950 roku globalne połowy ośmiornic wynosiły blisko 35 844 ton. Ale już w tekście &#8222;Challenges with octopus population estimation&#8221; możemy wyczytać, że w 2020 roku globalne połowy ośmiornicy wyniosły 377 818 ton. Czy to zatem historia o tym, jak konsumpcja przeważa nad współistnieniem? Zdecydowanie.</p>
<p><strong>Test człowieczeństwa: czy potrafimy uznać inność?</strong><br />
Etycy zwierząt, Donaldson i Kymlicka, są zdania, że historia moralności to historia rozszerzania kręgu troski. Najpierw obejmowała tych, którzy byli do nas podobni, a dziś powinna objąć również tych, którzy są radykalnie inni.</p>
<p>Nie musimy zatem wiedzieć, jak to jest być ośmiornicą. Wystarczy uznać, że ma ona zdolność odczuwania. Granicą etyki nie jest bowiem rozumienie, lecz zdolność do uznania innego istnienia.</p>
<p><strong>Lekcja prosto z głębin</strong><br />
Ośmiornica uczy nas jednej ważnej rzeczy: pokory poznawczej. Bo jak sama &#8222;pokazuje&#8221;, świadomość może przybierać niezliczone formy.<br />
Jej istnienie podważa wszystko, co do tej pory uważaliśmy za oczywiste: że myślenie wymaga mózgu podobnego do ludzkiego, że emocje potrzebują języka, że inteligencja musi być społeczna. Każde jej ramię, które &#8211; niezależnie od reszty ciała &#8211; bada świat, jest dowodem, że świadomość nie ma jednego centrum. Każda reakcja emocjonalna, pamięć bólu czy ciekawość wobec nowych bodźców pokazują, że czucie nie jest przywilejem ludzi, lecz właściwością życia zdolnego do relacji ze światem.</p>
<p>Zrozumienie ośmiornicy nie polega na tym, by ją &#8222;uczłowieczyć”, lecz by poszerzyć nasze pojęcie o tym, czym jest umysł. Jeśli potrafimy uznać, że świadomość może mieć postać zupełnie inną od naszej, otwieramy drzwi do nowej etyki &#8211; takiej, która opiera się nie na podobieństwie, lecz na uznaniu. Bo prawdziwa dojrzałość gatunku nie polega na dominacji, lecz na zdolności do współistnienia z tym, co inne. A ośmiornica &#8211; w swojej cichej, niepojętej obecności &#8211; przypomina nam, że granice człowieczeństwa wyznacza nie rozum, lecz empatia.</p>
<p>______</p>
<p>Źródła:</p>
<ul>
<li>Aleksandra Gieczys: Fermy hodowlane będą dla ośmiornic koszmarną torturą.<br />
<a href="https://wyborcza.pl/7,75400,31463479,prof-urbaniak-fermy-hodowlane-beda-dla-osmiornic-koszmarna.html">https://wyborcza.pl/7,75400,31463479,prof-urbaniak-fermy-hodowlane-beda-dla-osmiornic-koszmarna.html</a></li>
<li>Alexandra Schnell, Nathaniel Farndale Wright, Nicola Clayton: The Inner Lives of Cephalopods. Animal Sentience. <a href="https://academic.oup.com/icb/article/63/6/1298/7283147">https://academic.oup.com/icb/article/63/6/1298/7283147</a></li>
<li>Chris Loew, Challenges with octopus population estimation impeding sustainable management. <a href="https://www.seafoodsource.com/news/environment-sustainability/recent-study-outlines-challenges-to-sustainable-octopus-management">https://www.seafoodsource.com/news/environment-sustainability/recent-study-outlines-challenges-to-sustainable-octopus-management</a></li>
<li>German Sumbre, Yoram Gutfreund, Graziano Fiorito, Tamar Flash, Binyamin Hochner: Control of Octopus Arm Extension by a Peripheral Motor Program.<br />
<a href="https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/11546877/">https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/11546877/</a></li>
<li>Letizia Zullo, Binyamin Hochner: A new perspective on the organization of an invertebrate brain. <a href="https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC3073264/">https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC3073264/</a></li>
<li>Opracowanie World Octopus Fisheries, przedstawiające historyczne dane połowów ośmiornic i ich zmiany w czasie (oparte na statystykach FAO).<br />
<a href="https://demersais.furg.br/images/producao/2020_Sauer_et_al_World_Octopus_Fisheries_Reviews_in_Fish_Sc_Aq.pdf">https://demersais.furg.br/images/producao/2020_Sauer_et_al_World_Octopus_Fisheries_Reviews_in_Fish_Sc_Aq.pdf</a></li>
<li>Peter Godfrey-Smith: Inne umysły. Ośmiornice i prapoczątki świadomości. Kraków 2021.</li>
<li>Robyn Crook: Behavioral and neurophysiological evidence suggests affective pain experience in octopus. <a href="https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S2589004221001978">https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S2589004221001978</a></li>
<li>Sue Donaldson, Will Kymlicka: Teoria polityczna praw zwierząt. Warszawa 2018.</li>
</ul>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn2/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ustawa &#8222;łańcuchowa&#8221;, czyli wolność… w kratkę?</title>
		<link>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn1/</link>
					<comments>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn1/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paulina Szczupaczyńska]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 04 Oct 2025 00:10:27 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[SFN]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://radioactivedog.pl/?p=1771</guid>

					<description><![CDATA[W sieci zawrzało. &#8222;Koniec z łańcuchami!&#8221; ogłosili politycy, a media &#8211; jak mantrę &#8211; powtórzyły to hasło. Ale czy naprawdę wolność psów w Polsce zyskała nową definicję, czy po prostu… zmieniła opakowanie? Zacznijmy od początku. Dokładnie 26 września Sejm przyjął]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>W sieci zawrzało. &#8222;Koniec z łańcuchami!&#8221; ogłosili politycy, a media &#8211; jak mantrę &#8211; powtórzyły to hasło. Ale czy naprawdę wolność psów w Polsce zyskała nową definicję, czy po prostu… zmieniła opakowanie?</p>
<p><span id="more-1771"></span></p>
<p>Zacznijmy od początku. Dokładnie 26 września Sejm przyjął poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie zwierząt. Choć inicjatywa, którą media ochrzciły mianem &#8222;łańcuchowej&#8221;, wyszła głównie od posłów Koalicji Obywatelskiej, zyskała ona również poparcie takich partii, jak Lewica, Polska 2050, PSL i części posłów PiS.</p>
<p>Jaki przyświecał tu cel? Teoretycznie poprawa dobrostanu psów poprzez:<br />
• zakaz stałego trzymania psów na łańcuchach,<br />
• określenie minimalnych wymiarów kojców,<br />
• obowiązek zapewnienia codziennego ruchu psa adekwatnego do jego wieku, stanu zdrowia i potrzeb gatunkowych.</p>
<p>Formalnie? Krok milowy. Na tyle, że media społecznościowe pękały w szwach od głosów o solidarności ponad podziałami, a także o wznoszeniu się ponad bieżącą politykę.</p>
<p>Praktycznie? Sprawa dużo bardziej złożona. Bo choć na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo klarownie i &#8222;prozwierzęco&#8221;, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.</p>
<p><strong>Wolność w zamknięciu</strong><br />
Choć ustawa formalnie zakazuje trzymania psów na łańcuchach, w praktyce wiele zwierząt może zostać uwięzionych w innym rodzaju ograniczeń &#8211; w kojcach. Minimalne wymiary mają zapewnić przestrzeń, która jest akceptowalna prawnie, ale niekoniecznie odpowiada potrzebom psów. Dla zwierzęcia, które całe życie spędza w małej, wydzielonej przestrzeni, formalna wolność od łańcucha może oznaczać jedynie zmianę formy uwięzi, a nie realne zwiększenie komfortu życia. Psy, które kiedyś mogły mieć dostęp do podwórka lub części ogrodu, teraz znajdą się w kojcach, gdzie ruch jest ograniczony do kilku metrów kwadratowych, a każda aktywność &#8211; nawet spacer wokół kojca &#8211; staje się obowiązkiem do udokumentowania.</p>
<p><strong>Ruch w cieniu przepisów</strong><br />
Zapewnienie &#8222;codziennego ruchu poza kojcem adekwatnego do wieku, stanu zdrowia i potrzeb gatunkowych&#8221; brzmi dumnie, ale w praktyce pozostawia ogromną lukę interpretacyjną. Nie istnieje żaden precyzyjny wskaźnik tego, co jest wystarczającym ruchem. Ruch dziesięciominutowy, półgodzinny, kilka krótkich spacerów &#8211; wszystko zależy od interpretacji. Czy to rodzi ryzyko, że część psów będzie teoretycznie &#8222;wypełniała&#8221; wymóg ustawy, ale w praktyce ich potrzeby fizyczne i psychiczne pozostaną niezaspokojone? Na to wygląda.</p>
<p><strong>Wolność w warunkach &#8222;określonych&#8221;, czyli wyjątki od zakazu</strong><br />
Nowa ustawa &#8222;łańcuchowa&#8221; wprowadza zakaz trzymania psów na uwięzi, ale jednocześnie przewiduje wyjątki, które w praktyce mogą… podważać jej skuteczność. Przepisy dopuszczają uwiązanie psa w dwóch głównych sytuacjach:<br />
• Krótkotrwałe uwiązanie poza miejscem stałego bytowania &#8211; w określonych warunkach wskazanych przez właściciela, w sposób niepowodujący naruszenia dobrostanu zwierzęcia.<br />
• Uwiązanie niezbędne w celu zapobieżenia niebezpieczeństwu lub szkodzie &#8211; wobec ludzi, innych zwierząt lub mienia, przy czym stosowanie innego środka ochrony jest niemożliwe lub uwięź jest najlepiej znoszonym przez psa rozwiązaniem.<br />
Tak, prawo przewiduje sytuacje wyjątkowe &#8211; przede wszystkim po to, żeby zachować &#8222;zdrowy rozsądek&#8221; w jego stosowaniu. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się powyższym przepisom, pojawia się parę pytań:</p>
<p>Pytanie nr 1. Krótkotrwałość &#8211; kto mierzy czas?<br />
Przepisy mówią o &#8222;krótkotrwałym&#8221; uwiązaniu psa, ale nie definiują tego terminu w konkretnych jednostkach czasowych. Czy &#8222;krótko&#8221; oznacza pięć minut, kwadrans, godzinę? W praktyce interpretacja zależy od… no właśnie, kogo? Kto ma ocenić to subiektywne pojęcie czasu, jakim jest pojęcie &#8222;krótkotrwały&#8221;?<br />
Czy przepisy dopuszczają uwiązanie psa pod sklepem lub przy ulicy, jeśli właściciel uzna, że czas jest &#8222;krótki&#8221; i dobrostan nie jest naruszony? Brak precyzyjnych kryteriów stwarza pole do interpretacji i potencjalnych nadużyć.</p>
<p>Pytanie nr 2. Od kiedy &#8222;niebezpieczeństwo&#8221; i &#8222;szkoda&#8221; to subiektywna ocena ryzyka?<br />
Drugi wyjątek dotyczy sytuacji, w których uwiązanie psa jest niezbędne, aby zapobiec niebezpieczeństwu dla ludzi lub innych zwierząt albo wyrządzeniu szkody. Tutaj również pojawiają się luki interpretacyjne.</p>
<p>Pytanie nr 3. Kto ocenia, czy niebezpieczeństwo jest realne i bezpośrednie? Czy każde potencjalne zagrożenie, na przykład możliwość pogryzienia innego zwierzęcia lub zniszczenia mienia, uzasadnia uwiązanie?</p>
<p>Pytanie nr 4. Co oznacza &#8222;środek najlepiej znoszony przez psa&#8221;? Czy jest to indywidualna ocena… no właśnie, tu znów, kogo dokładnie? Opiekuna, lekarza weterynarii czy może behawiorysty?</p>
<p>Pytanie nr 5. Jak ocenić dobrostan w praktyce? Ustawa wprowadza sformułowanie &#8222;w sposób nie powodujący naruszenia dobrostanu zwierzęcia&#8221;, które jest kluczowe, ale jednocześnie trudne do egzekwowania. Dobrostan zwierzęcia obejmuje zarówno zdrowie fizyczne, jak i psychiczne. Krótkotrwałe uwiązanie może w praktyce powodować stres, lęk czy frustrację u psa, zwłaszcza jeśli odbywa się w miejscu publicznym, hałaśliwym lub nieprzyjaznym. Ponadto brak szczegółowych wytycznych dotyczących maksymalnej długości uwiązania, jego rodzaju, sposobu montażu czy miejsca uniemożliwia jednoznaczne ustalenie granic legalności &#8211; co znowu stawia pod znakiem zapytania realną ochronę zwierzęcia.</p>
<p>Wszystko powyższe w praktyce może doprowadzić do sytuacji, w której opiekun/właściciel psa zastosuje uwięź nie jako ostateczny środek, lecz wygodne rozwiązanie w codziennym życiu psa, powołując się tym samym na przepisy, które pozostawiają dużą dowolność interpretacyjną.</p>
<p><strong>Who let the dogs out</strong><br />
Wielkim paradoksem ustawy jest możliwość, że część opiekunów/właścicieli zwyczajnie zdecyduje się na najprostsze rozwiązanie &#8211; wypuszczenie psów &#8222;na wolność&#8221; poza kojec. Zamiast budować kosztowne, przestronne kojce i pilnować codziennych spacerów, łatwiej bowiem uznać, że pies sam wybierze sobie miejsce do życia. Kłopot w tym, że w rzeczywistości takie decyzje niosą ogromne ryzyko: psy mogą biegać po drogach, wchodzić w konflikty z innymi zwierzętami czy ludźmi, czy narażać się na wypadki.</p>
<p><strong>Koniec łańcucha czy początek kratki?</strong><br />
Przed &#8222;ustawą łańcuchową&#8221; długa droga &#8211; musi bowiem &#8222;przejść&#8221; jeszcze przez Senat i uzyskać podpis Prezydenta RP.</p>
<p>Ustawa ta, swoim kształtem, paradoksalnie przypomina tradycyjną smycz: na pierwszy rzut oka wygląda na prostą, w praktyce miota się na tyle, że trudno się nie potknąć i wyłożyć o trotuar. Formalnie psy mogą przestać być przywiązane, ale czy naprawdę zyskają życie pełne ruchu, bezpieczeństwa i przestrzeni?</p>
<p>Czy jest jakieś światełko w tunelu? Warto przypomnieć, że zakaz trzymania psów na łańcuchach to także element obywatelskiego projektu ustawy &#8222;Stop łańcuchom, pseudohodowlom i bezdomności&#8221;. Autorom tej inicjatywy udało się zebrać ponad pół miliona podpisów &#8211; pięciokrotnie więcej niż minimalne 100 tysięcy potrzebne, by Sejm zajął się projektem obywatelskim. Wydaje się, że projekt ten jest szerszy niż poselski projekt &#8222;łańcuchowy&#8221; &#8211; wprowadza bowiem dodatkowe, merytorycznie istotne rozwiązania. Wśród nich znajduje się chociażby obligatoryjne chipowanie zwierząt domowych, a także doprecyzowanie obowiązków gmin wobec zwierząt bezdomnych. Projekt obywatelski odnosi się zatem również i do kwestii kontroli, identyfikacji oraz ochrony psów, oferując realne narzędzia do poprawy ich losu. W tym kontekście chipowanie i precyzyjne regulacje gminne wydają się szczególnie ciekawe &#8211; coś, czego brakuje w projekcie poselskim.</p>
<p>Tymczasem, na chwilę obecną zostajemy z pytaniem: czy prawa, które mają chronić zwierzęta, nie zamieniają ich przypadkiem w pionki w grze, w której jedynym wygranym jest paragraf, a nie pies? Czy czasem &#8222;koniec łańcucha&#8221; nie staje się początkiem wolności w kratkę? Pies nie potrzebuje haseł ani ładnie brzmiących zapisów &#8211; pies potrzebuje przestrzeni, ruchu i bezpieczeństwa.</p>
<p>________</p>
<p>Przebieg procesu legislacyjnego poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o ochronie zwierząt znajdziecie w tym miejscu:<br />
<a href="https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=608">https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=608</a></p>
<p>Dodatkowego sprawozdania Komisji Nadzwyczajnej do spraw ochrony zwierząt o poselskim projekcie ustawy o zmianie ustawy o ochronie zwierząt szukajcie z kolei tutaj:<br />
<a href="https://tiny.pl/ztpsg7rn">https://tiny.pl/ztpsg7rn</a></p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://radioactivedog.pl/sfn/sfn1/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
